Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kot w Akwarium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kot w Akwarium. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

Kot w Akwarium - cz. 4

Armia Miłości

W dalekim królestwie żyło dwoje młodych ludzi. On - pasterz o jasnych niczym pszenica w świetle słońca włosach, ona - służka na dworze króla, wiecznie uśmiechnięta, o ryżych włosach plecionych w dwa warkocze.
Znali się od dzieciństwa, kiedy to on uciekał do lasu, by "polować na grubego zwierza", a ona zawsze podkradała kawałek chleba z pałacowej kuchni, by mogli go oboje zjeść na polance niedaleko strumyka. Właściwie od początku wiadomo było, że ich znajomość prowadzi do miłości - tej pierwszej, niewinnej i nierozerwalnej. Król cieszył się widząc swoją służkę tak radosną, jego kochały wszystkie owce i nawet wilki omijały stado, którego pilnował, jak gdyby wiedziały, że psując tą sielankę popełnią coś strasznego.
Sielanka jednak nie miała trwać długo. Pewnego ranka myśliwi znaleźli go martwego, krew i wnętrzności rozciągnięte były po całej okolicy tak, że nawet zaprawieni w boju mężczyźni nie mogli uwierzyć w takie bestialstwo. Kto, lub co, dokonało tak straszliwej zbrodni po dziś dzień nie wiadomo. Wiadomo za to, że pozostawiona służka przepłakała dnie i noce po stracie ukochanego. 
Wreszcie król, nie mogąc patrzeć na cierpienie swojej ulubionej służącej nakazał sprowadzić z dalekiego kraju zza morza Armię Miłości - grupę młodzieńców, którzy podobno swoją szczerością i entuzjazmem potrafią wyleczyć nawet najbardziej krwawiące serca. Gdy ci pojawili się wreszcie na dworze, na chwilę odzyskała błysk w oczach, tak więc wszyscy myśleli, że pogodziła się ze stratą.
Niecały tydzień później znaleziono ją na brzegu rzeki - martwą.

Tak, wiem, historia napisana prawie jak przez dziecko z podstawówki. Prosta, naiwna i niezbyt zaskakująca. Ale prawdziwa z pominięciem szczegółów anatomii. Ryuu i Tora były moimi ukochanymi kiryskami srokatymi przez długi czas, właściwie to Tora była chyba ostatnią rybką z mojej pierwotnej obsady. Kilka razy próbowałam wprowadzać inne kiryski do ich stada (boć to kiryski stadne są), ale zawsze prędzej czy później padały przez temperaturę, a moja parka i tak ich nie akceptowała. W końcu, jak w historyjce, Ryuu został rano znaleziony z rozpłatanym brzuchem na dnie, a Tora straciła całą werwę, z jaką przekopywała piasek. Następnego dnia kupiłam pięć kirysków spiżowych, by czyściły dno. Wydawało się, że Tora pogodziła się z nowym stadem i nawet razem z nimi pływała. Do momentu, aż znalazłam ją w wylocie filtra. O determinacji, z jaką to zrobiła świadczy fakt, że kiryski 90% czasu spędzają przy dnie, a rzadkie momenty na takiej wysokości są im potrzebne jedynie po to, żeby zaczerpnąć powietrza atmosferycznego, co czasami czynią. Niemożliwe też, żeby nie wyczuła prądu wylewającego się z filtra, a otwór wylotowy jest na tyle mały, że nawet nie była w stanie się przez niego przecisnąć. Od śmierci Ryuu minęło może pięć dni.
Piszę to ze świadomością, że co poniektórzy mogą mnie wyśmiać, że dorabiam sobie ideologię do przypadkowych wydarzeń. Ale mimo wszystko wierzę w to całym sercem, że Tora nie pogodziła się z tym, że jej partner, z którym tyle czasu pływała po prostu umarł. Zwłaszcza, że o ile dobranie zgodnej parki jest bardzo ciężkie u kirysków, tak Tora i Ryuu niemal od razu się dobrały i wiadomo było, że ikra jest kwestią czasu. Po co więc się ośmieszam? Bo mam nadzieję, że przekonam chociaż jedną osobę o tym, że ryba jest takim samym stworzeniem, jak kot, pies, czy nawet człowiek. Też ma uczucia, przez które zachowuje się nieraz zupełnie irracjonalnie. Bo przecież na logikę biorąc miała idealne warunki, mogłaby jeszcze pożyć nawet kilka lat. To samo tyczy się samiczek naganiających jedzenie choremu samcowi bojowników, czy bystrzyków, które rozganiały bijące się tęczanki.
No, ale ja nie o tym. Moim planem jest dzisiaj napisać o tych pięknych i majestatycznych rybach, jakimi są kiryski. Nie, to nie sarkazm, te „czołgi” mogą być piękne, wystarczy to dostrzec.
Kiryski (z angielskiego i łaciny Corydora) to rybki z gatunku karpiowatych, preferujących zazwyczaj wodę chłodniejszą, chociaż najwytrwalsze k. spiżowe mogą spokojnie żyć nawet w prawie trzydziestostopniowej. Mają bardzo charakterystyczną budowę ciała z „uciętym spodem” i sztywną płetwą grzbietową. Samiczki zazwyczaj mają okrąglejszy brzuch, są większe (nie jest to regułą), a ich płetwa grzbietowa bardziej przypomina trójkąt prostokątny. Za wyjątkiem kiryska Pigmeja przebywają w większości na dnie, czyszcząc je z resztek. 
Ważne jest, by podłoże było przynajmniej w części piaszczyste (im drobniejszy piasek, tym lepszy), inaczej rybki nie będą mogły czyścić skrzeli, a podczas żeru uszkodzą lub zupełnie zedrą sobie bardzo delikatne wąsiki. Wiem, że można dojść do informacji, że to tylko szukanie problemu, ale możecie mi wierzyć, że w tym samym akwarium z jedyną różnicą w podłożu ryby te zachowują się zupełnie inaczej. A widok kiryska z ryjkiem zupełnie zakopanym w piasku lub ryjącego od lewa do prawa jest naprawdę świetny. Jak już mówiłam, jest to też kwestia higieny – rybki zasysają pokarm wraz z piaskiem, który wypuszczają skrzelami, w ten sposób czyszcząc się.
Z bardzo małymi wyjątkami są to ryby stadne, najlepiej się czują w pięć i więcej osobników. Sprawia to, że nie powinno się trzymać tych rybek w małych zbiornikach. Myślę, że 50l dla małych osobników to minimum, dla k. spiżowych lub lamparcich, które mogą dorastać do prawie 10cm 100l to minimum absolutne. Ryby naprzemiennie trzymają się razem lub w rozsypce. Czasem też dochodzi do podziału stada na mniej lub bardziej równe pół. Nie jest to niczym alarmującym, o ile od czasu do czasu zbiorą się razem, zwłaszcza na żer. Zaznaczyć trzeba, że stado buduje się jedynie w obrębie gatunku, więc te 5/6 sztuk musi być "jednokolorowa", połączenie 2 sterbi, 2 pand i 2 srokatych nie do nam stada. Oczywiście można mieć kilka gatunków, ale każdy musi mieć swoje stadko, więc tylko w dużych zbiornikach jest to możliwe w optymalnych warunkach.
Poza podłożem warto zadbać o inne elementu wyposażenia, które pozwolą tym rybom pokazać się w pełnej krasie. Warto zarezerwować przynajmniej część przestrzeni przy przedniej szybie niezagospodarowanej przez rośliny, jedynie z plażą, ewentualną gałęzatką czy innymi rzadkimi roślinkami o niskim poroście. Dobrym pomysłem jest też grota, która ryby mogą potraktować jako własną i będą do niej często wpływać lub wylegiwać się w pobliżu. Kiryski lubią też inne płaskie powierzchnie, dlatego też ustawiony pod niewielkim kątem równy kamień jest świetnym „legowiskiem” dla tych ryb nawet w gąszczu roślin. Jeśli zapewnimy im taką otwartą przestrzeń, ryby zdecydowanie częściej będą przebywać na widoku, co pozwoli nam na praktycznie nieustanną obserwację.
O gatunkach kirysków nie będę się rozpisywać, bo jest to już pierdylion dwa razy wrzucone do internetu. Co mogę powiedzieć... im bardziej wymyślny gatunek, tym mniejsza tolerancja na parametry i temperaturę, dlatego polecam kiryski spiżowe, które spokojnie przeżyją w 18 stopniach i w 30. Rosną dość duże, więc akwarium od 100l w górę. Jeśli nie ma ryzyka wysokich temperatur lub wahań parametrów to mi najbardziej chyba lamparcie się podobają i pandy.
Czas kończyć posta, zdjęcia w całości nie-moje (może mnie natchnie kiedyś na galerię mojej Armii Miłości. Dodam tylko, że jeśli myślicie o tych rybkach, to one z pewnością wam się odwdzięczą. I nie słuchajcie podpowiedzi "pani z zoologicznego", że można kupić dwa kiryski i w dodatku każdy inny.
Macie jakieś doświadczenia z tymi rybkami? A może chcielibyście? Piszcie ;P

Acha, po śmierci Shina i Bojka obiecywałam sobie (i chyba wam), że już nigdy nie kupię samca. Ale to było silniejsze ode mnie, te ryby wiedzą, jak mnie podejść... w związku z czym do Agatydy zawitała parka Malika i Dhiren (Malika jest taka szarawa, pełną wiedzę będę mieć dopiero, jak jej zejdą paski. A Dhiren jest (nie)typowym multikolorem z zielenią, fioletem, niebieskim, czerwonym i dymnym, w dodatku w kropki. Jeśli chodzi o standard, to piękny okaz Delta, chociaż chyba mu to przeszkadza, bo już sobie zharatał końcówkę ogona)

wtorek, 23 czerwca 2015

Kot w Akwarium - cz. 3

Cześć!
Do tego, żeby napisać właśnie dzisiaj skłonił mnie Bojek (tak, z wielkiej litery, bo to imię) swoim nieodpowiedzialnym i niebezpiecznym zachowaniem. Ale od początku.
Idąc za rybyakwariowe.eu:
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/ca/7b/ae/ca7bae9600e27b3df48b1a9b40f3e4ac.jpgBojownik wspaniały/syjamski (Betta splendens) – bardzo popularna, pochodząca z Azji, słodkowodna ryba akwariowa z rodziny guramiowatych. Jest rybą labiryntową z rodziny guramiowatych. Charakteryzują go piękne, duże płetwy, różnorodne ubarwienie oraz przede wszystkim wojownicze usposobienie. Bojowniki osiągają długość do 6cm. [...] Ciało wydłużone, płetwa grzbietowa długa i wysoka – zajmuje prawie połowę powierzchni jego grzbietu. Płetwy piersiowe oraz brzuszne są wąskie i wydłużone. Płetwa ogonowa jest w kształcie wachlarzowym, zaokrąglona. Pysk skierowany ku górze. Posiadają mocną i uzębioną szczękę. Aktywne za dnia. Posiadają dodatkowy narząd oddechowy tzw. labirynt, dzięki któremu mogą oddychać powietrzem atmosferycznym. [...] Ryby muszą mieć dostęp do tlenu pobieranego znad powierzchni wody. Rozsądnym minimum dla jednego bojownika będzie ok. 20 litrowe akwarium. [...] Wbrew często spotykanej opinii sprzedawców sklepów zoologicznych bojowników nie powinno się [jak dla mnie, powinno być napisane NIE WOLNO; przyp.aut.] trzymać w kuli lub w akwarium bez grzałki. Ryby te wymagają wody o temperaturze ok 24-30°C. W niższych temperaturach mogą być mniej ruchliwe i bardziej podatne na choroby.
http://itcolossal.com/wp-content/uploads/2014/09/Siamese-Fighting-Fish-2.jpgTyle encyklopedia. A co do mojej opinii? Bojowniki są pięknymi rybami, a ich inteligencja i pomysłowość potrafi zadziwić nawet po długim czasie posiadania danego osobnika. Szczerze mówiąc, walczyłabym zacięcie z każdym, kto zacznie mi opowiadać bajki o bezwzględnym mordercy bez choćby przebłysków rozumu. Oczywiście, zdarzają się osobniki agresywne, czy wręcz złośliwe, ale wszystko jest kwestią wychowania. Osobiście posiadam mały harem samiec plus dwie samiczki razem ze stadkiem (ponoć zupełnie nieodpowiednich) gupików i ryby te nie tylko nie toczą bojów na śmierć i życie, ale wręcz pomagają sobie naganiać robaki, czy pilnują chore osobniki. Sama widziałam, jak mój Bojek lub Shibibara wpływały w tabun zalecających się gupików, gdy samiczka miała już poważnie dość tego towarzystwa. A jakie wrażenie musi robić trzy razy większe od gupika bydle, które pojawia się znikąd, a kolorystycznie deklasuje najpiękniejszą żyworódkę, nie muszę mówić. Przy planowaniu tego postu zakładałam, że zrobię wykład o różnych płetwach i kolorach, ale dochodzę do wniosku, że nie jest to konieczne, a wręcz zanudzi na śmierć kogoś, kto nie siedzi w rybkach. A kto siedzi, ten wie, więc tak czy tak zbędne marnowanie klawiatury. Zamiast tego może zrobimy trochę "kocich opowieści" o moich pociechach połączonych z szybkim kursem wychowywania rybki (bo zaręczam, że trzeba to zrobić).
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/1f/de/f5/1fdef5078c473d6cb87172d90e9a4d6f.jpgPo pierwsze - bojownik nie może się bać kubeczka, czy innych małych pojemniczków. Jako że większość kupowanych osobników płci męskiej właśnie tak jest sprzedawana, z początku może to być dość trudne, ale nie niemożliwe. Mój Bojek przykładowo bardzo szybko się oswoił z nimi i teraz wpływa sam do takowych. Kubeczek dla bojownika powinien być dość szeroki, dlatego też standardowy rozmiar odpada. Raczej przezroczysty, a w każdym razie nie jaskrawo kolorowy. Polecam tu takie szerokie i w miarę wysokie kubeczki po serkach, coś takiego jak "7 zbóż", czy inne. Albo coś zupełnie większego, typu plastikowy dzbanek litrowy. Osobiście posiadam obydwa i i każde ma swoje zadanie. No, ale po co nam te pojemniczki w ogóle, i to w dodatku tak "zaznajomione z bojkiem"? Po pierwsze, to właśnie w takim pojemniczku przenosimy gdziekolwiek rybkę, bądź to do leczenia, większej podmianki, rozmnażania, czy czegokolwiek innego. Może i wszędzie używa się siatek, ale ja je szczerze odradzam, bo można naprawdę uszkodzić rybkę i to nie tylko na płetwie. Po drugie i chyba ważniejsze, bojowniki są drapieżnikami więc, w odróżnieniu do większości towarzystwa, potrzebują dość często pokarmu wysokobiałkowego w postaci robaczków, mięsa, czy żółtka. Dlatego też łapiemy takiego delikwenta z odpowiednią ilością wody i sypiemy mu jedzonko. Mój Bojek już po drugim, trzecim razie przestał się stresować przy łapaniu, z Shibibarą było trochę gorzej, pomimo że widziała, co robił jej partner, a Kira chowa się na tyle skutecznie, że mszę ją dopiero zacząć szkolić. W każdym bądź razie, dopóki rybka zupełnie nie zaakceptuje faktu, że je gdzie indziej, nie wolno kubeczka wyciągać z akwarium, tylko trzymamy go w wodzie, zostawiając jakiś centymetr między tonią wody a górą kubełka. I nie spuszczamy nigdy wzroku z ryby, w razie dużego stresu wypuszczamy od razu. Jest to okres, kiedy może nawet dochodzić do prób wyskoczenia "do domu", dlatego tak ważne jest, żeby był to rzeczony dom, a nie dywan. Wyłożyć kubeczek i położyć koło akwarium możemy dopiero, gdy mamy pewność, że nie dojdzie do żadnego wypadku. Trzeci częsty powód jest dość trywialny - zdjęcia. Bojowniki mają to do siebie, że jak "stoją" w miejscu, to w jakiś szuwarach, a na otwartej toni przysuwają tak, że dobra fotka graniczy nieraz z cudem. Zwłaszcza, jeśli chcemy uwiecznić jakiś detal w stylu opuchniętego oka, czy meszku na płetwie. W kubeczku pola do manewru ryba ma niedużo, więc po chwili sama zastyga w jednej pozycji.
https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcS4MLEibUabCv8KoneAizUo-PuzLPY6cllp_CqRgoZaOrH6YkBsPo drugie - apteczka pierwszej w nocy... eee... pierwszej pomocy. Bojowniki są wytrzymałe... bądź nie. Z samiczkami problemu nigdy jeszcze nie miałam, za to Bojek w izolatce niemal się zadomowił. Najpopularniejsza choroba to chyba martwica, czyli obumieranie tkanki płetw aż do zupełnego "zeżarcia" takowych. Ale nawet bez martwicy dumny samiec może w chwili stać się sierotą od siedmiu boleści jeśli gdzieś się zahaczy i po pięknym ogonie zostają strzępy. Osobiście przetrzymuję wtedy Bojka na noc samego, jeśli obrażenie nie dotknęło promienia, to dwa dni wystarczają na całkowitą regenerację. Gorzej z "przelotówką", tu nawet dwa miesiące przejdą do pełnej świetności. Podstawowy zestaw do leczenia bojownika to: Healthosan z Tropicala lub inna trypaflawina/akryflawina, sól akwarystyczna lub zwykła niejodowana oraz izolatka. Może to być nowe akwarium min. 10l, ale utrzymanie warunków identycznych do znanych i odstresowanie rybki jest dość trudne, dlatego polecam butelkę 5l. Wodę wylewamy/wypijamy, a butelkę bierzemy całą oprócz tego zjazdu o góry. W zależności do potrzeb robimy dziurki na przepływ wody bądź nie (dziurki są problemem przy preparatach, więc lepiej mieć dwa komplety), zahaczamy o krawędź akwarium i wkładamy tam rybcię. Można zrobić cienką warstwę żwirku/piasku z roślinką, jeśli leczenie nie broni, wtedy nie będzie problemu z nawozem na dnie. Jeśli trzeba przysłonić światło, moją metodą chałupniczą jest owinięcie wokół butelki worka na śmieci i przymocowanie go nicią bądź włóczką, zostawiając odsłonięte denko oraz przesłonięcie góry nadziurkowaną kładeczką. I jest to chyba odpowiedni moment, żeby się "pochwalić" inteligencją mojego Bojka. Właśnie dzisiaj zrobił sobie wycieczkę poza izolatkę w wyskoczył na ponad 2cm w górę, żeby się przedostać do ogólnego zbiornika. Zuch chłopak!
http://g-images.amazon.com/images/G/01/askville/2679981_2845618_mywrite/betta06g.jpgPo trzecie - cierpliwość i wytrwałość. Bojowniki są naprawdę inteligentne i można je wiele nauczyć, jeśli odpowiednio przekażemy im nasz zamiar. Przykładowo, mój leń kwadratowy Bojek podpływa do szyby tylko gdy mnie zobaczy, a ja mu pokiwam palcem, żeby podpłynął. A potem obraca się na kręcenie palcem, nawet w tą stronę, co chcę i zatrzymuje, kiedy pokażę stop. O kubeczku już wspominałam. Jak to zrobiłam? Po pierwsze - rybki kojarzą mnie z jedzeniem. Kiedy widzą kogoś innego, to mają go gdzieś, dla mnie ustawiają się niemal w szeregu pod klapką za każdym razem. Oczywiście nie bojki. One podpływają tylko, gdy pukam w szybkę. A więc krok numer 1 - dajesz jedzenie, pukaj w szybkę. Rybka po pewnym czasie skojarzy, że to przyjemne wydarzenie, jakim są płateczki z nieba jest powiązane ze stukaniem, więc gdy je usłyszy, to wypłynie. Nawet, jeśli raz lub dwa zostanie potem "zrobiona w konia", to i tak szanse na karmienie będzie widzieć duże. Krok numer dwa - żeby rybka podpływała w konkretne miejsce musi najpierw reagować w ogóle. Pukamy w szybkę do momentu, aż pojawi się właśnie tu, gdzie pukamy placem i dopiero potem karmimy. Ważne przy kubeczku, inaczej możemy godzinami łowić małego drania. Co do obracania się... no cóż, mój Bojek jest wyjątkowy, samo mu tak wyszło, gdy się ukrywał po kątach, sam jakoś się tego nauczył, próbujcie. Podpowiem tylko, że zmuszenie rybki do przepłynięcia przez pętlę jest bardzo trudne, nawet jeśli nic za obręczą nie ma. Ale nie niemożliwe. Byleby tylko nie stwierdzić, że nauczymy płetwiaste aportować, korzystać z kuwety i kij wie co jeszcze, bo musi. Jedna rybka pójdzie na to, druga nie, nic na siłę. To, co rybka MUSI zrobić, to oduczyć się agresji. Jeśli widzimy jakiś atak, walimy w szybkę. Nie pukamy delikatnie, tylko dość porządnie (oczywiście w ramach wytrzymałości szyby). Można to połączyć na początku z rozganianiem ręką, siatką, czy czymkolwiek innym. Byle do skutku i zawsze tak samo. Chyba, że sytuacja jest tragiczna i powtarzalna, wtedy rozdzielamy do różnych akwariów i jedno oddajemy. Przy bojkach wprowadzanych do istniejącej już hierarchii rybek najlepiej pierwszy dzień/dwa dać rybkę do izolatki wewnątrz akwarium (czytaj butelka 5l z dziurkami). Jeżeli po jakimś czasie rybka ma zatarg z kimś innym, wykonujemy ten sam rytuał, żeby zwierzę skojarzyło, że jest to zachowanie związane z zakazem robienia tego, co właśnie robiło. Byle nie ryzykować życia bojownika, czy jakiejkolwiek innej ryby.
http://thefishdoctor.co.uk/wp-content/uploads/2013/12/white_betta_fish_4.jpg
Po czwarte - strach ma wielkie oczy. Ryba też. Jeśli mamy rybki, warto od początku dużo im grzebać w wodzie. Nie chodzi nawet o to, żeby rzeczywiście coś zmieniać w wystroju, tylko żeby nasza ręka stała się integralną częścią życia akwarium i nie budziła postrachu. Ważne zwłaszcza w mniejszych zbiornikach, gdzie przykładowo moje bystrzyki dostają stanu przedzawałowego przy każdej podmiance, bo wielka łapa zajmuje im pół objętości zbiornika. Jeśli dochodzi do takiej sytuacji, trzeba najpierw zaplanować podmiankę i robić to od lewej do prawej tak, żeby maksymalnie dużo miejsca zostawić zestresowanej faunie na ukrycie się. Po jakimś czasie będzie to norma. Jeśli mamy rybki ciekawskie, czyli powiedzmy właśnie bojowniki, trzeba od razu pokazać rybce, czy może skubać po ręce, czy nie. U mnie jest to norma, nie jakaś bolesna z resztą. Tylko wtedy sytuacja, że ryba podpływa pod nożyczki też jest normą, więc trzeba uważać, czy czegoś nie zgnieciemy, przetniemy, zmiażdżymy, czy co tam jeszcze. Zawsze warto najpierw potrząsnąć kryjówką, zanim ją zaczniemy wyciągać, miejsce "do renowacji" zaklepiemy machaniem reką na prawo i lewo na obszarze budowy, itp. Wtedy ryby inteligentnie zejdą z drogi i będą oglądać proceder z bezpiecznej odległości. Po każdej dobrze przeżytej przygodzie warto nagrodzić rybki jedzeniem. Można też poświęcić chwilę na zabawę, niektóre bojowniki i żyworódki naprawdę uwielbiają pływać między palcami, czy "przytulać się".

Łosz kurczak, ale się rozpisałam... No nic, zdjęcia nie moje, bo samiczek nie próbuję nawet dorwać, a Bojek się kuruje, więc wygląda jak potrącony przez kosiarkę. Może kiedyś się pojawią. No nic, w każdym razie, mój samczyk wygląda... kolorystycznie jak ta ostatnia samiczka, a płetwy ma takie, jak pierwszy samiec, z tym, że ogon podwójny jak u tego czerwono-białego samca. Co do samiczek, to Shibibara jest identyczna jak ta pierwsza samiczka tutaj (czyli ta z prążkami), a Kira jest w odcieniu głębokiego fioletu.
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie hodowli bojków, mojego akwarium, czy tego, co tu napisałam, to walcie śmiało. Jak kogoś natchnęłam do wyprawy do zoologa, mogę pomóc z rozplanowaniu nowego zbiornika.

sobota, 23 maja 2015

Kot w Akwarium 2 - moje krewecie

Już drugi nieplanowany Kot w Akwarium... no cóż, ten już bardziej na chłodno. Rzecz będzie się tyczyć moich krewetek, bo kilka razy z różnymi osobami rozmawiając wyszła ich kwestia (Yoda byłby dumny z tego zdania... ), więc chcę zrobić krótki opis ze zdjęciami swojego nanozbiorniczka.

Dobra, tak po pierwsze, to może przedstawię krótko specyfikacje zbiornika, dla kogoś, kto chociaż trochę styczności ma z akwarystyką, pwinien mieć dość dobry ogląd na sytuację.
  • Litraż - 25l / 40x25X25 (akwarium Aquael z dość charakterystyczną, wysoką pokrywą);
  • Temperatura - 24/27*C (średnio 26*C); brak grzałki;
  • Oświetlenie - 1 belka Aquael Leddy tube 6W (bardzo ciepłodajna);
  • Filtr - Aquael FAT-1 bez kubełka (nie znajdziecie tego nawet w Internecie, stary jak świat) ;
  • Woda - podśląska kranicxanka, odstana, żadnej chemii. Nawet profilaktycznie nic nie leję, do czego się przyzwyczaiłam w ogólnym. Jak brakuje mi wody odstanej podbieram z drugiego akwa lub zostawiam na dzień/dwa nieuzupełnione. Parametrów szczegółowych nie robię, bo i potrzeby większej nie mam;
  • Podłoże - żwir: warstwa od 1cm do 3cm drobny i bardzo drobny rzeczny, wierzchnia czarny warstwa ~1cm; ogólny układ lekka kotlinka (spadek środek i środek przód, wyciągnięcie pozostałych 3 krawędzi w górę);
  • Tło - białe z zieloną roślinnością, malowane; zewnętrzne;
  • Flora: rzęsa wodna na całą powierzchnię, kilka pistii, gałęzatka jako chodniczek i półkula, pelia zwykła i mini, kilka innych wyższych roślin, około 10 rodzajów mchu;
  • Obsada: 3 tęczanki werneri m, 5 bystrzyków amandy, 2 ampularie, 5 red cherry (+młodzież), 5-10 sakura orange i zatoczki, których nie chce mi się do końca dobijać, ale większość wcześniej czy później ląduje w ogólniaku dla helenek.
Dobra, teraz mała opisówka
Akwarium było moim pierwszym, jeśli nie liczyć stówki za szczeniaka (i tak nic przy niej nie robiłam, przedszkolakiem wtedy byłam) i kuli (przyznaję, przez jakieś 2 tygodnie trzymałam rybki w tym paskudztwie. Jak tylko przeczytałam, co to robi rybom, kupiłam właśnie to akwarium).  Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy dalej można je kupić, było w promocji jako cały komplet (akwarium, pokrywa, światło, filtr, grzałka, łapka i coś-tam jeszcze). Dla początkującego lub na kreweciarnie jest idealne, może kogoś jedynie czarny silikon szczuć. Dla takiego akwarium polecam Aquael Pat-mini, jeśli chodzi o filtr, sama taki miałam z początku, teraz 2 działają mi w ogólniaku. A będąc przy filtrach, to polecam je zakładać na bocznej ściance, a deszczownicę ustawić wylotem do góry, ze względów zarówno bezpieczeństwa i rekreacji ryb, jak i estetyki (bo o skręcaniu tych bąbelków nawet nie wspominam, to podstawy są). Ale my nie o tym. [na zdjęciu cały zbiornik]
Jeśli chodzi o oświetlenie, to strasznie grzeje, więc wszelkie grzałki mijają się z celem, bardziej walczę cały czas, żeby obniżyć temperaturę. Jest ono standardowe, ale jeśli ktoś tworzy wszystko od zera i nie musi liczyć każdego grosza, to polecam dla krewetek coś o mniejszej mocy, raczej ciepłego lub zielonego. Światło białe bądź niebieskie nie tylko nie pasują do krewetek, ale też jest dla nich za jasne, źle wygląda i nie wspomaga rozwoju roślin. [na zdjęciu obydwa gatunki ryb, te srebrne to tęczanki, złote - bystrzyki]
Co do tła, to przyznaję, że robiłam je na szybko, bo coś trzeba było, a w najbliższym czasie chcę zwykłą czarną kartkę dać, fajnie to eksponuje roślinki i wbrew "logicznemu myśleniu" nie zaciemnia zbiornika, a może nawet rozjaśnia (sprawdzałam na kostce 10l).
Jeśli chodzi o roślinki, to przede wszystkim powiem, że rzęsa jest do krewetkarium idealna. A przy odpowiednio dużym napowietrzaniu problemem będzie nie jej plenienie się, a zanik. Jako, że moja świetlówka "wali po gałach", to rzęsa okazała się niezastąpiona do przykręcenia chociaż trochę światła raczej cieniolubnym krewetkom. Poza tym, uwielbiają na niej stawać, co wygląda dość widowiskowo dla nieprzygotowanego widza. Ludowa mądrość mówi, że do krewetkarium wkłada się tylko mchy i będę się z tym kłócić. Owszem, są świetne, jeśli chodzi o "maskowanie się" kreweci, ale wysoko zarośnięta przestrzeń na tyle akwarium (tzw. 3 plan) dla mnie jest oczywista. Zwłaszcza, że rośliny są zazwyczaj jaśniejsze, niż mchy, czy gałęzatka. Acha, odnośnie niej - bardzo polecam. Nie tylko do małych zbiorników i nie tylko jako ozdoba. Jeśli się komuś nie podobają te glony, to niech je wepchnie w kąt w chaszcze, do zamku, gdziekolwiek. Dlaczego? Podam przykład swojego ogólniaka - miałam ogromne problemy z glonami wszelkiej maści, codziennie musiałam czyścić szyby, bo bym nic nie widziała. Zakupiłam bodajże 10 malutkich gałęzatek za niecałe 20zł z przesyłką (na allegro popatrzcie, w sklepach są dość drogie) i w efekcie niemalże od razu przestałam mieć problemy. Na chwilę obecną czyszczę tylko niedobitki z roślin. Poza tym, zbierają wszystkie "syfy", więc jeśli ktoś nie ma filtra lub (tak jak ja) jako filtr jest jedynie mechaniczny, bo zabrakło gąbki czy kubełka na tą biologiczną część, to ściągają wszystko jak gąbka, potem tylko wypłukać je trzeba. [ na zdjęciach dwie samiczki sakura orange. Siodełko to to żółte za oczami u góry]
Dobra, idziemy ku końcowi - zwierzątka. Wiem, że jest dość dużo zwolenników teorii "albo rybki, albo krewetki" jako przedłużenie "albo rybki albo akwarium", ale osobiście je pomieszałam. Po pierwsze dlatego, żeby coś "pogórze się ruszało", a po drugie, to nawet spokojna mała rybka, może i nieświadomie, ale trochę zredukuje ilość maluszków. A trochę ich się "produkuje" po pewnym czasie. U mnie wybór padł na bystrzyki amandy, rybki bardzo małe, bo około 2cm, spokojne, towarzyskie i dość ciekawe, jeśli nie są pojedyńczo (wtedy to wieczne wypłosze siedzące w kacie). Mam ich 5 i uważam, ze to absolutne minimum, choć zaczynałam od trzech. I dlatego mogę potwierdzić, że trzymanie ich w takiej ilości jest ani efektowne, ani przyjemne dla zwierząt. Poza tym, mam 3 tęczanki werneri, samczyki. Rybki kupione przypadkowo, nie były w planach. Ale zobaczyłam je i stwierdziłam, że MUSZĘ mieć to cudo o nietypowych płetwach i szaleńczej gracji. Z początku miałam 2 samce i od razu mówię - nie róbcie tego błędu, muszą być minimum 3. Dlaczego? W przeciągu 1 nocy rybki wzajemnie podziurawiły sobie okazałą płetwę grzbietową i poskracały "wąsiki" tłuszczowej i odbytowej. O ile z dziurkami nie było problemu i zrosły się one po 2 dniach, o tyle na te drugie jeszcze czekam, nie są w połowie tak okazałe, jak były. Przy trzech dalej rywalizują tylko dwa, a trzeci siedzi gdzieś z boku, ale nie jest to agresja, a tylko pokaz siły. Wcześniej widok był straszny, teraz piękny. Jeśli nie wierzycie, to sprawdźcie sobie "napuszonego" samczyka i wyobraźcie sobie takie dwa pływające dookoła siebie prężąc się dumnie. Śmiało mogą rywalizować z wdziękiem zalecającego się bojownika, a i ten widok nie jest mi obcy. No nic, podobno minimalne stadko tęczanek musi zawierać jeszcze 2 samiczki. Ja ich nie mam, ale i litraż nie jest jakiś szaleńczy. Kłopotów w każdym razie to nie sprawia, choć pewnie mniej zachowań jest do obserwacji. [na zdjęciu ciężarna red cherry. To żółte pod spodem to jajeczka noszone już na nóżkach]
I ostatni punkt mojego opisu, czyli krewetki. Posiadam dwie odmiany tej samej krewetki (heteropody), a mianowicie najpopularniejszą red cherry wariancie kolorystycznym fire red i nieco mniej łatwe do znalezienia sakura orange. Oba rodzaje mają może 3 cm i są bardzo łatwe "w obsłudze". Z początku płochliwe, teraz panoszą się wszędzie, nawet jeśli próbuję skręcić filtr, czy zabrać jakiś element, muszę je naprawdę mocno odganiać, żeby nie zrobić krzywdy. Rozmnażanie nie stanowi problemu i właściwie nie jest możliwe do nieprzeprowadzenia. Moja pierwsza samiczka (niestety dochowała całe jedno jajeczko do wyklucia) była zaciążona już po tygodniu od nabycia, w kostce 10l. Sakur jeszcze nie dojrzałam przy nadziei, ale kupiłam je malutkie, choć widzę już trochę siodełek. Siodełko to taka "preciąża", jest żółtą plamką za głową i przechowuje z początku jajeczka, do momentu zapłodnienia. Jest ono ponoć bardzo efektywne, ja niestety bardzo skrupulatnie je omijam szkołą czy snem. Po około miesięcznej ciąży mamusia wykopuje (dosłownie) maluszki ze swoich nóżek, na których do tej pory nosiła jajeczka i takie dwumilimetrowe przezroczyste przecinki muszą sobie radzić same. Szczęśliwie dla nich, krewetki nie zjadają własnych młodych jak mają w zwyczaju dość często rybki (zwłaszcza jajożyworodne), za to mogą stać się obiadem niemal każdej ryby, nawet czasem nieświadomej, co jej wpadło do pyska. Osobiście widzałam nawet bystrzyka, który wypluwał takie maleństwo, które akurat płynęło nie tam, gdzie trzeba. A dla żyworódek, bojowników, czy innych półdrapieżnych i drapieżnych, z którymi dość często mieszkają to już prawdziwy rarytas. Ma to swoje dobre strony, bo utrzymujemy w miarę stabilną liczbę krewetek, a selekcja naturalna zapewnia, że to, co przeżyje ma naprawdę dobre geny. Za to rybki są wiecznie przeżarte. [na zdjęciu bystrzyki i dzienna krewecia. Zobaczyć ją można tylko na powiększeniu, na korzeniu stoi]
No nic, w ostatnich słowach mojego listu powiem jeszcze, że po pierwsze, nie polecam krewetek do dużych zbiorników, bo wlezą gdzieś i szukaj wiatru w polu, jeśli nie padną ofiarą ryb. Poza tym, kupowanie specjalnego jedzenia dla krewetek mija się z celem przy zwykłych redkach. Ja daję im mieszankę płatków tropicala, tetry, aquael'a, suszonej rzeżuchy i tabletek dla glonojadów, czasem wkładam kawałek sałaty, nori lub marchewki. Żyją i mają się dobrze, w razie czego wyczyszczą korzonek ze szczątków glonów, czy skubną roślinkę. Co jeszcze.. mogę je polecić początkującym, ale takich, którzy wiedzą, jak się zorganizować z opieką akwarium. Czyli wiadomo już, że robimy podmianki a nie wymiany wody, że karmimy odpowiednio do potrzeb minus pięć procent, że grzebanie bez potrzeby w zbiorniku źle się kończy, a pomysł wkładania muszelek z Grecji i plastikowego pirata z Biedronki jest delikatnie rzecz ujmując nietrafiony ( a mniej delikatnie, że tylko skończony kretyn może tak zrobić) i inne takie. Czyli przynajmniej minimalny staż jest potrzebny, żeby nie wytłuc obsady. [na zdjęciu dwie samiczki red cherry, a w tle ampularia Mietek]