Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzielnica Zero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzielnica Zero. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2015

Dzielnica Zero - cz. 4

Ok, dzisiaj ostatnia część Dzielnicy Zero. Następny post za tydzień w czwartek (na styk, bo na weekend będę wyjeżdżać, żeby dopracować teczkę na uczelnię. Z rzeczy aktualnych... dostałam wreszcie swój tablet, teraz mogę robić słitfocie akwarium. A, no i nowe rybki się u mnie pojawiły: dwa bystrzyki amandy doszły do stadka u krewetek, a do głównego dokupiłam ciężarną gupiczkę. Taki śliczny recesyw, chociaż kosztowała dużo. W ciąży je, a w zbiorniku "śliczni tatusiowie", więc powiedzmy, że wyjdę na zero ;P. Trochę mnie martwi tendencja spadkowa czytelnictwa Kota na służbie... LBA też sie jeszcze nie odezwało do sprawdzenia. No, ale co pan poradzisz? No nic pan nie poradzisz. Najwyżej nie będę się aż rak śpieszyć, żeby mieć co wstawiać...


- [...] Sorry, stary. Pieprzona bessa w Nowym Yorsk’u - stwierdził wymijająco, po czym oboje uścisnęli sobie dłoń i weszli za dźwiękoodporne drzwi do biura. - Co jest? - spytał w końcu.
- Pamiętasz, jak wyciekły informacje o Marku Richardsonie? Wiesz, ten od krachu PolBud’u - zaczął Jackmann, a gdy odpowiedziało mu nieco ponaglające kiwnięcie głową, mężczyzna kontynuował. - Naszym technikom jakimś cudem udało się ominąć TORowskie zabezpieczenia i doszli do tożsamości sprawcy. Jest to niejaki Vasilij Szczar, pseudonim wśród hackerów PinkLady. Mówi ci to coś? - śledczy obszedł biurko, żeby podejść do siedzącego w niskim fotelu Keitha i położył przed nim kartkę z wydrukowanym portretem z profilu i an face, równocześnie opierając się drugą ręką o oparcie fotela.
- Nie, a powinienem? Chyba nie masz mi nic do zarzucenia, że się tak czaisz na mnie jak dzikie zwierzę, co? - zażartował Keith, opierając się barkiem o przedramię Jackmanna. Ten zabrał rękę nieco zmieszany i zaśmiał się nerwowo.
- Wybacz, stary, przyzwyczajenie branżowe - zrobił krok do tyłu, jak gdyby dla bezpieczeństwa, że jego nawyki nie wezmą znowu góry nad umysłem. - Wręcz przeciwnie. Udało nam się go złapać dziś parę minut po jedenastej w Dzielnicy Zero, prawdopodobnie wracał z gejowskiego baru - zreferował krótko, a Keith odruchowo spojrzał na podobiznę na kartce. Fotografowany mężczyzna miał jakieś dwadzieścia parę lat, z wyglądu na pograniczu europejskich i azjatyckich rysów, co z resztą potwierdzało się w rosyjskim imieniu i nazwisku. Nie był zbyt wysoki, miał podkręcane na końcach włosy do ramion w kolorze miodu spadziowego, gdzieniegdzie zafarbowane na różowo lub fioletowo. Poza tym był pomalowany, w oczach miał soczewki powiększające optycznie źrenice, a widoczny kawałek bluzki miał soczyście różowy kolor z białą kolonką. Słowem, był to gej bardzo mocno podkreślający swoją seksualność, prawie jak gdyby wracał z parady równości, jaką można oglądać w starych, jeszcze papierowych notatkach prasowych, czy puszczanych od czasu do czasu w kategorii komedii dziennikach sprzed kilkunastu lat.
- Dalej nie widzę, co to ma wspólnego ze mną - wzruszył ramionami nieco buntowniczo.
- Spokojnie, przecież mówiłem, że nikt nic na niebie nie ma. A gdyby coś było, to nie spotykalibyśmy się o trzeciej nad ranem w mało oficjalnych warunkach. A, właśnie, chcesz kawy? Na mnie po siódmym kubku przestała już działać.
- Wziąłem tabletkę, ale dzięki - Keith machnął ręką lekceważąco. - Dowiem się wreszcie, o co chodzi?
- A, tak tak, jasne. Chodzi o to, że jak go zatrzymaliśmy, to miał ze sobą laptopa. I tego laptopa tak na szybko sprawdzała od razu Inez, nasza techniczna. Z jej przeglądu wyszło na to, że niecałą godzinę przed złapaniem go, Szczar szukał informacji na twój temat. To znaczy, najpierw przeglądał MRM [Miejski Rejestr Motoryzacyjny, tak dla zrozumienia; przyp. aut.] a potem przez rocznik rejestracji samochodów jakoś doszedł do ciebie. Dalej to już standardowo - dane personalne, profil firmy i inne takie. W sumie nic takiego, do jakiś bardzo wrażliwych danych nie wchodził, nawet, jak mógł, bo przełamał hasło. Dlatego pytam.
- Nie mam zielo... Mówisz, że po samochodzie, tak? - Keith zawahał się przez chwilę, po czym zachichotał pod nosem z sobie tylko znanego powodu. - To ja już wiem chyba, o co chodzi. Nie przejmuj się, akurat ta sprawa jest czysta.
- To znaczy? - Jackmann wyglądał na naprawdę zmieszanego zachowaniem kolegi.
- Nie martw się, mogę to załatwić sam - stwierdził i wstał. - Ale dzięki za info, przyda mi się. A teraz wybaczysz, ale jednak chciałbym wrócić do domu. Spotkajmy się o jakiejś bardziej cywilizowanej godzinie w weekend, czy coś.
- Na razie spasuję, mam trochę roboty. Trzymaj się - policjant uśmiechnął się szeroko na pożegnanie, po czym Keith zamknął za sobą drzwi. Gdy schodził przy wtórze stukotu własnych butów do samochodu, w głowie świeciła już mu się lampka z napisem “Kojiro-no-ko”.
Już pod drzwiami komendy otworzył samochód, wcisnął się do niego i beznamiętnie ustawił autopilota na posiadłość, po czym wbił się w fotel i przymknął oczy. Tabletka przeciwsenna powoli traciła na mocy i zaczynał czuć pierwsze oznaki zarwanych godzin snu. Wiedział, że nie zostało mu go dużo, bo przed dziesiątą znowu będzie musiał być w firmie. Wypoczęty i zadowolony. Póki co jednak korzystał z okazji, żeby urwać chociaż kilka minut półsnu.
Nawet nie zauważył, gdy dojechał do domu i samochód wyłączył silnik za bramą. Brama z resztą też była automatyczna i jeśli tylko czujnik wykrywał jakiś pojazd, który znajdował się w jej bazie danych, otwierała się bez niczyjej ingerencji, po czym zamykała po określonym czasie lub gdy dany pojazd przetoczył się cały na teren posiadłości plus bezpieczna odległość.
Gdy w końcu przebudził się, nad nisko prowadzonymi ozdobnymi wiśniami ciągnęła się już różowawa poświata pierwszych promieni słonecznych. Wygrzebał się z fotela i skrzywił, gdy poczuł rwanie w boku spowodowane nieodpowiednią pozycją. Z trudem odnalazł klamkę, a po wyjściu z samochodu nawet go nie zamknął porządnie. Złodziei i tak nie musiał się bać za ponad-dwumetrowym ogrodzeniem pod napięciem i przy pełnym monitoringu. Niechętnie poczłapał do domu. Na zegarku na jego ręce właśnie mijała 4:57.
Przed oczami mignął mu czarny cień. Zamrugał szybko kilka razy, ale nic nie dostrzegł, więc stwierdził, ze był to tylko efekt niewyspania. Niemal krzyknął ze strachu, gdy poczuł, że coś napiera na jego kostkę. Zrobił skoczny krok w tył i popatrzył w kierunku, skąd pochodziło źródło jego strachu.
Przed nim, z ogonem zawiniętym za łapki, siedział kot. Niewielki, ale z pewnością dorosły, czarny kot o krótkiej, delikatnie błyszczącej sierści. Nie wydawał się być bezpański - był smukły, ale nie wychudzony, jadowicie zielone oczy lśniły z rozbawienia i złośliwej kpiny.
Na oczach Keitha kot zgiął się niemalże w pół, wykręcił głowę w tył, po czym stanął przed nim chłopak z równie kpiarską miną, co wcześniej zwierzę. Z początku miał jeszcze kocie uszy i ogon, ale wkrótce rozmyły się i one.
- Wypadałoby się przywitać, prawda? Zwykłe "dzień dobry" powabu i majestatu nie ujmie - stwierdził ze śmiechem, pokazując rząd białych zębów, jeszcze nie do końca ludzkich.
- A, ty... No tak. Szczar pomógł, co? - mężczyzna zmrużył nieco, licząc na mocną reakcję Shina. Ten tylko uśmiechnął się lekko przez sekundę, po czym ziewnął.
- Czyli w końcu dorwali Wanię, tak? Szkoda, dobry informator. W sumie, to bez niego bym nie skończył sprawy Richardsona - powiedział, ponownie ziewając. W jego ziewaniu było coś niezbyt ludzkiego, przypominało kocie, szerokie ziewnięcie, z gracją i kontemplacją faktu ziewania.
- Czekaj, czekaj... Czyli to ty kazałeś mu wykraść pieniądze PolBudu?... A z resztą, jutro porozmawiamy. Bo rozumiem, że moja oferta spotkała się z przyjęciem - tym razem to Keith ziewnął, chociaż mniej widowiskowo.
- Jasne, jasne. Mam nadzieję, że masz wolną co najmniej kanapę, bo czekałem tu na ciebie już pół nocy i chcę się wyspać - prychnął chłopak, gestykulując teatralnie.

Koniec rozdziału 1

wtorek, 19 maja 2015

Dzielnica Zero - cz.3

Wstawiam, jak obiecałam "pewnej osobie". Tak, terminy są dla słabych. Dlatego następnego chyba nie podam, po prostu stanie się, i już, dowiecie się po subskrybcjach (dlatego jeszcze raz proszę, żeby osoby zainteresowane czytaniem bloga weszły na zakładkę "do bloga marsz" i napisały dokładny link, gdzie mam wrzucać informację o nowym poście ;P Jest tam również ważne info o tym, żeby pisać mi o waszych nowych postać, bo czytam "na zawołanie", jakoś nie mam czasu przeglądać codziennie wszystkich tych zwałów blogosfery (ciekawe, dlaczego...). Dobra, koniec "pierdo lamento", wstawiam:

[...] - Chyba nie jesteś ulubieńcem czworonogów, co Porter - rzucił któryś z gości, po czym wszyscy wrócili do swoich poprzednich rozmów.
Elliot z uwagą przyglądał się leżącemu w kącie na blacie barmańskim chłopakowi. Znali się od lat, a dłuższa nieobecność któregoś z nich stanowiła powód do spekulacji i niepokoju. Gdy obsłużył już wszystkich gości i zamienił z nimi kilka grzecznościowych zdań, wrócił na swoje stanowisko za barem, wziął z półek kilka alkoholi i soków, po czym postawił przed na wpół śpiącym chłopakiem soczyście czerwony drink w niesymetrycznym kieliszku o nieco klepsydrycznym kształcie. Na dźwięk stawianego szkła chłopak otworzył oczy, po czym powęszył teatralnie, marszcząc nieco nos.
- Ruda rocznik wojenny, mięta, kocimiętka, wiśnia, truskawka, minimalnie czysty spirytus i chyba trochę Heńka. Mam rację? - spytał, zerkając jednym okiem na barmana. Nie miał wielkiej ochoty na alkohol, ale i tak podjął wyzwanie.
-Błąd, ale podmiankę Sakury z Heńkiem mogę ci podarować. Próbuj, bo myślę o dorzuceniu w kartę - Elliot podsunął drink jeszcze bliżej chłopaka. Ten niechętnie się podniósł, zatoczył lekko kieliszkiem, żeby płyn wydobył z siebie aromat i pokazał kolor, po czym wypił całość na jeden raz. Mlasnął jeszcze dwa razy, po czym odstawił kieliszek i położył się z powrotem.
- Mniej alkoholu, wywal tą miętę i dla mnie będzie idealnie. A dla reszty pozbądź się kocimiętki, bo zasładza i młodsza ruda - wymruczał znużony. - Która jest godzina? - spytał, zerkając na skórzany zegarek na ręce Elliota. Ten posłusznie podsunął go brunetowi, po czym podszedł do czekającego spokojnie nowego klienta.
Jakieś półtorej godziny i siedmiu klientów później brunet dalej leżał w kącie na ławie, a jego tors miarowo podnosił się i opadał podczas drzemki. Było już dość późno i zbliżała się czerwona godzina, dlatego w lokalu słychać było jedynie półszepty ostatnich gości.
Wania już nie przyjdzie, idź na tył na kanapę, powinna być sprzątnięta. Jak chcesz, to możesz zjeść ciasto, które zostawiłem na stole, jest od Lisy - powiedział miękko Elliot, klepiąc chłopaka po odsłoniętym ramieniu. Przy wypowiadaniu imienia swojej byłej żony lekko zmarszczył nos, ale poza tym nie dał po sobie znać irytacji, jaka go ogarniała zawsze, gdy kobieta pojawiała się z propozycją powrotu do związku. - Jeśli to było coś ważnego, to może ja ci pomogę, jak zamknę lokal - dodał po chwili i wyszedł zza lady, żeby zebrać pozostawione na stolikach kieliszki i kufle.

.--.      .-'.      .--.      .--.      .--.    
:::::.\::::::::.\::::::::.\::::::::.\::::::::.\
 '      `--'      `.-'      `--'      `--'      

Było już po drugiej, gdy Keith Eanthyll wreszcie wyszedł z pracy. Ziewnął szeroko, zastanawiając się, czy nie lepiej byłyby zostać w w biurze i przespać się na szerokiej kozetce, przywiezionej kiedyś jako niepotrzebny grat przez jego matkę jeszcze za życia ojca. Chyba właśnie dlatego miał do niej aż taki sentyment. Sięgnął do kieszeni po telefon i zauważył, że ma trzy nieodebrane połączenia i 7 wiadomości. Po przejrzeniu listy nadawców stwierdził, że lepiej będzie, jak pojedzie na główną komendę. 
Sol zamruczał drapieżnie, gdy przekręcił kluczyk w stacyjce. Przed kierownicę wysunął się niewielki ekranik z GPS’em, więc wpisał w wyszukiwarkę adres komendy, zatwierdził dwa razy, nawet nie patrząc na treść komunikatu, po czym opadł w miękki fotel, a samochód sam powłączał odpowiednie światła, po czym zaczął jechać we wskazanym kierunku. Keith zazwyczaj wolał sam prowadzić, posiłkując się jedynie inteligentną mapą, ale o tej godzinie jego najskrytszym marzeniem nie był wypadek, więc oddał władzę nad pojazdem sztucznej inteligencji. Kiedyś myślał o zatrudnieniu takiego żywego kierowcy, ale dość szybko wybił mu to z głowy jego specjalista od spraw wizerunku, twierdząc, że tak staroświecki wygląd nie pasuje do właściciela jednej z najnowocześniejszych i najlepiej adaptujących nowe technologie korporacji finansowej. Eanthyll Corporation nie była bankiem w dosłownym tego słowa znaczeniu, a bardziej zapewniała średniozamożnym i zamożnym klientom doradztwo finansowe, prowadziła bilanse, dbała o stabilny zysk z giełdy, a półoficjalna podfirma ściągała długi nie zawsze legalnymi metodami. Oczywiście, o istnieniu tej gałęzi działalności wiedziało jedynie zaufane grono wybranych.
Ulice były puste o tej porze nocy. Asfalt miał przyjemnie niebieskawą barwę pod wpływem halogenowych lamp ciągnących się po obu stronach ulicy. Gdzieniegdzie barwa ta przechodziła w pomarańcz, czy zieleń dzięki nielicznym świecącym się jeszcze billboardom. Tęczowe odstępstwa stawały się coraz częstsze, gdy wjechał do Dzielnicy Siedemnastej - Promenady Meguro, zupełnie niezamieszkanej, za to tętniącej życiem towarzyskim i zawodowym nawet o tej godzinie.
Samochód podjechał wreszcie pod komendę i wyłączył się automatycznie. Komenda główna Tokyno była czteropiętrowym budynkiem o prostopadłościennym kształcie i płaskim dachu. Ściany parteru w większości były szklane, jako że mieściła się tam główna centrala telefoniczna i całodobowa dyżurka. Pierwsze piętro przypominało od środka bardziej przedszkole lub dom terapeutyczny, jak policję, a mieściło się tam kilkanaście przyjaznych dzieciom w różnym wieku pokoi, gdzie były one przesłuchiwane w obecności personalnego psychologa w wypadku przestępstw, których były świadkami. Niektóre pokoje służyły także jako izby psychologów dla ofiar przestępstw drażliwych, ale większość tego typu sal znajdowała się na czwartym piętrze. Trzecie piętro zarezerwowane było dla wyższych rangą policjantów na biura, jak również siedzibę mediatorów i rzeczników prasowych. Ostatnie piętro poświęcone było dorosłym świadkom i lekkim przestępcom. Poza tym, pod budynkiem były jeszcze trzy piętra podziemne, ale ich przeznaczenie było tajemnicą poliszynela strzeżoną z narażeniem dobrego imienia policji w stolicy.
Keith uśmiechnął się lekko, zauważając, że w biurze Jackmanna, wciąż paliło się światło. Wysiadł z samochodu i udał się do bocznego wejścia, wciskając jednocześnie autoblokadę drzwi Sola na kluczykach. Przez chwilę zabłysło na nich czerwone światełko, po czym całe kluczyki zgasły. Wybrał to właśnie wejście z dwóch powodów - po pierwsze przy głównym pewnie spotkałby się z posterunkowym nocnej zmiany, za którym nie przepadał, a po drugie, tak było dla niego bezpieczniej. Na sumieniu nic nie miał, przynajmniej oficjalnie, ale i tak w świecie wielkich pieniędzy małe zdarzonka potrafiły rosnąć do rangi międzynarodowych afer, jeśli w sprawę zamieszany był filar sprawiedliwości bądź służba zdrowia. A główna komenda miała to do siebie, że odpowiadała za większość wydarzeń w okolicy, więc dziennikarze niemalże nie ruszali się z miejsca, bo zawsze było coś wymagającego komentarza do telewizji, czy Int-prasy.
Schody niosły głuchy odgłos jego dwucentymetrowych obcasów do góry, więc nie zdziwił się, gdy Henry Jackmann stał przed otwartymi drzwiami z wymownym uśmiechem na ustach.
- Sorry, stary. Pieprzona bessa w Nowym Yorsk’u - stwierdził wymijająco, po czym oboje uścisnęli sobie dłoń i weszli za dźwiękoodporne drzwi do biura. - Co jest? - spytał w końcu.

C.D.N.

sobota, 16 maja 2015

Dzielnica Zero - cz.2

Po pierwsze - PannaNikt, to przez ciebie! Cały mój misterny plan w nie powiem co poszedł... No nic, jest dzisiaj (ale na galerię przy Dzielnicy Zero nie licz w takim razie).

Zastanawiałam się, czy by nie wstawić pewnego obrazka w tym poście, ale ostatecznie zdecydowałam, ze wyjawiłby on więcej, niż bym sobie życzyła, więc się powstrzymam. No nic, w każdym bądź razie, galeria się robi baaardzo powoli, ale jednak. A teraz kilka słów wyjaśnienia: nie wiem, czy ktoś zwracał uwagę, ale akcja naszego (a właściwie mojego) opowiadania toczy się w przyszłości (dokładny rok jest do sprawdzenia dla inteligentnych) w świecie lekko równoległym. Ta równoległość jest mi potrzebna do tego, żeby nie trzymać się kurczowo map (zazwyczaj będzie się to zgadzać na swój prywatny sposób, czyli przykładowo ulice zostaną, nazwy będą w "nowej jakości"), dlatego też jeśli mówię o jakimś mieście i nazwa brzmi wam znajomo, ale jakby pisał ją Holender ze słuchu, to na jakieś 90% chodzi o to właśnie miasto, które zyskało nieco inną nazwę. Co dalej... czasami (jak na przykład dziś) będą się pojawiały różne nazwy własne, przykładowo win, czy firm. O ile nie będą one związane z jakąś postacią, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że po wpisaniu w google znajdziecie takową i nawet się wszystkie dane będą zgadzać. Tak tylko mówię, dla zainteresowanych, jak się przykładowo Green Monster robi, czy coś (tak, to drink. Miętowy). Dobra, bo znowu zaczynam bajkopisarstwo... miłego czytania:


- Ellia, dwa Desert Haze - mężczyzna w szarej koszuli z nadrukiem Ciasteczkowego Potwora machnął ręką w kierunku lady barmańskiej i powrócił do rozmowy z trójką kolegów przy stoliku. Stanowili oni jedną z nielicznych koleżeńskich grup bywających w Ilii.
- Jak już wyjdziesz za kabinę bosmańską, to możesz nam podrzucić jeszcze jedną butelkę - rzucił po chwili blondyn w garniturze, puszczając oko do swojego partnera po drugiej stronie stołu. Przed nimi stały już dwie puste ciemnozielone flasze po Santa Duc Gigontas. Było to chyba najczęściej zamawiane tutaj czerwone wino, perła doliny Rhone, dlatego też zawsze na stanie baru było kilka jego butelek.
Ogólnie w barze nie było zbyt wielkiego tłoku, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę renomę lokalu. Ilia GP była uznawana za najlepszy bar Dzielnicy Zero, do którego wstęp mieli jedynie jej stali bywalcy lub osoby zaproszone przez takowych. Stanowiło to wprawdzie jedynie niepisaną regułę miejsca, jednak naprawdę małej ilości niezaproszonych udało się na tyle zjednać sobie towarzystwo, by zostać wciągniętym w społeczność Ilii. Pozostali sami rezygnowali po jednej czy dwóch wizytach, zniechęceni brakiem jakiejkolwiek reakcji innych klientów. Zdecydowana większość bywalców była homoseksualna, stąd też powstał początkowo złośliwy, ale ostatecznie zupełnie neutralny dopisek GP, czyli Gay Pub. Dopisek powstały jeszcze za życia chyba najbardziej znanego ze swojej orientacji rajdowca, który z resztą pojawiał się tutaj czasem, jeśli tylko przebywał obecnie w Tokyno. Poza dość sterylnym, ale lojalnym wobec siebie i jednomyślnym jak najlepsza yakuza towarzystwem, na renomę baru pracował również jego główny barman - właściciel lokalu, Elliot Campberry, dwudziestokilkuletni mężczyzna po rozwodzie z jakąś trzeciorzędną aktorką.
Elliot, popularnie zwany przez znajomych Ellią, zwracał na siebie uwagę niemal natychmiast. Miał sylwetkę wręcz wychudzoną z proporcji, ale dobrze umięśnioną i na swój sposób fascynującą. Jego dłonie stanowiły obiekt anegdotek o magicznych nieszczelnych shakerach i łapanych w locie szklankach, ale i tak najbardziej szczególne były jego oczy. Posiadały tą niezwykłą właściwość, że lewe było intensywnie brązowe w odcieniu młodego kasztanu, a prawe miało barwę przytłumionej, szarawej zieleni i sprawiało wrażenie lekko zamglonego, przy czym mogło się to zmieniać, gdy był wściekły. Co mu się z resztą nie zdarzało aż tak często, bo przyzwyczajony do rozrób ze swojej pierwszej pracy w jakiejś podrzędnej melinie, naprawdę rzadko wychodził z równowagi. Legenda miejska głosiła, że komu uda się zdobyć jego serce, ten zyska władzę nad całą podziemną Dzielnicą Zero, więc chętnych obojga płci nie brakowało. Była to z resztą legenda częściowo prawdziwa, bo jego znajomości półświatka i niewygodnych informacji o różnych osobistościach Dzielnicy była na tyle rozległa, że gdyby tylko chciał, mógłby się nieźle ustawić.
Nie do końca jasnym był fakt, dlaczego zdecydował się założyć “Ilię”, a już tym bardziej, dlaczego stworzył ją właśnie taką, jaką była. Wiadomym natomiast było to, że roztaczał wokół siebie jakąś dziwną aurę spokoju i zaufania, dzięki czemu poznawał sekrety tak delikatne, że zdradzający je sami nie mogli potem uwierzyć, że je wydali. Można jednak było być pewnym, że zostaną one jedynie w pamięci barmana i poza sporadycznymi przypadkami załatwiania osobistych spraw, nie zostaną wykorzystane w żaden dotkliwy sposób.
Drzwi Ilii otworzyły się bezgłośnie i do środka wszedł młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopak. Niewysoki, szczupły i drobny z wyglądu, ubrany niedbale w ciemny podkoszulek jakiejś grupy rockowej, za duże o jeden rozmiar bojówki z dużymi kieszeniami zapinanymi na złote klamry i ciężkie skórzane buty o kwadratowych noskach. Długie, czarne, lekko faliste włosy miał związane w wysoki kucyk jakieś pięć centymetrów za lewym uchem, a kocie szare oczy i reszta pociągłej twarzy o delikatnych rysach schowana była niemal zupełnie pod długą, idealnie wyprostowaną grzywką i luźnymi pasmami włosów. Przybysz rzucił szybko okiem po całej sali, uśmiechnął się lekko i podszedł do lady barmańskiej, po czym usiadł na ostatnim krześle i położył na blacie.
- No proszę, dawno cię nie było, Kuro - zagadał jeden z obecnych, obracając się tyłem do stolika i kładąc szerokie, wyćwiczone na siłowni ręce na oparciu dwuosobowej kanapy, na której siedział. Zagadnięty chłopak tylko uniósł rękę w geście powitania, po czym przymknął z powrotem oczy.
- Jak chce ci się spać, to idź do mnie na zaplecze na kanapę, a nie strasz tutaj wyglądem - prychnął Elliot, kładąc przed zamawiającymi dwa zroszone kieliszki highball z zamawianym drinkiem.
- Czekam na Wanię. Dziś jest środa, więc będzie - mruknął chłopak, przekrzywiając głowę na bok. - Chyba, że ty coś będziesz wiedział, ale to na osobności - dodał po chwili wahania i ziewnął szeroko, odsłaniając rząd idealnie równych, nieco zaostrzonych jak u zwierzęcia, zębów.
- Ale chyba nikt stąd nie jest szczurem, co Kuro? - zażartował muskularny mężczyzna, który rozpoczął rozmowę z przybyłym. W odpowiedzi chłopak podniósł się leniwie z ławy, a po dwóch sekundach już stał przy pytającym z obnażonym sztyletem w dłoni. Chłopak rzucił nożem, unieruchamiając go dzięki dwóm stojącym przy sobie szklankom z ciemnoczerwoną cieczą.
- Jakby to był ktoś z Ilii, to już by nie żył, prawda? - spytał z szerokim uśmiechem przywodzącym na myśl niewinnych aktorów dram dla nastolatek. - A poza tym, ja swoich nie ruszam. Na razie nie zbiera się na mordobicie, potrzebuję prywatnie informacji i tyle - wzruszył ramionami i sięgnął przez kanapę po swój sztylet. Na sali rozległ się śmiech.
- Chyba nie jesteś ulubieńcem czworonogów, co Porter - rzucił któryś z gości, po czym wszyscy wrócili do swoich poprzednich rozmów.

C.D.N.

A teraz idźcie na cały świat i głoście dobrą nowinę o blogu. Mnóżcie się jak odcinki Mody na sukces. Ale najpierw komentarze na Was czekają ;P

Następny post... powiedzmy, że w środę. I tak pewnie nie dotrzymam terminu.

środa, 13 maja 2015

Dzielnica Zero - cz.1

Miało być jutro, wrzucam dzisiaj. Przy okazji trochę się wytłumaczę ze struktury publikowanych postów. Jako że rozdziały, jako spójne myślowo fragmenty powieści są długie, będę je dzielić na średnio 5 części (czasem mniej, więcej na pewno nie) i te częsci będą wrzucane jako odrębne posty. Przerwa pomiędzy kolejnymi częściami będzie około półtygodniowa, pomiędzy rozdziałami trochę dłuższa, może tydzień. Prosiłabym o nie nażekanie "za długie, za krótkie". Jeśli komuś za dużo do czytania na raz, można przyjść dwa razy, to nie zniknie. Jak ktoś chce czytać hurtem, to może nawet czekać na cały rozdział i dopiero wtedy zabierać sie za lekturę. Ale nie przedłużając długiego i zanudzając nudnym, oto początek:


Ziewnął przeciągle, przysłaniając z gracją usta dłonią. Nie musiał tego robić, ale i tak coś mu mówiło, że tak będzie wyglądało lepiej. Latarnie się ucieszą z podwyższenia poziomu kultury dzielnicy o czerwonych żarówkach i czarnych alejkach. Nie spieszył się, bo i nie miał dokąd, dlatego też stąpał z wolna. Przypomniał sobie dziecięcą zabawę polegającą na stawaniu „nie na liniach” chodnika i tak właśnie teraz robił, z tym, że może nieco dyskretniej niż dzieciak skaczący ile może, bo trzy najbliższe płytki są popękane. Miał z resztą wprawę z chodzeniu tylko po określonych częściach podłoża, więc nieświadomy niczego widz pewnie nawet by nie zauważył dokładności procederu, jakiemu teraz poddawał się z pełnym zaangażowaniem.
Było cicho, jeśli nie liczyć sporadycznych wrzasków niewypłacalnych ćpunów, czy płaczu karanej przez burdelmamę dziwki. A on lubił ciszę, cisza dużo mówiła. W ciszy mało co się potrafiło schować, dlatego wiedział z dokładnością do kilku metrów, gdzie właśnie znajdował się sportowy samochód, którym ktoś jechał bez większego przekonania o kierunku. Sądząc po silniku, podejrzewał, że było to jakieś Ferrari, góra roczne, ale dość dobrze eksploatowane. Przystanął, wiedziony intuicją i obejrzał się za siebie. Wiedział, że szło za nim trzech mężczyzn o ponadprzeciętnej muskulaturze i poniżej przeciętnej inteligencji, ale nie przeszkadzało mu to, dopóki wiedzieli, że powinni trzymać się od niego z daleka. Zerknął jeszcze raz na chowających się w niezbyt udany sposób podglądaczy, uśmiechnął się lekko z kpiną i wyciągnął telefon, by zadzwonić do mężczyzny, z którym ostatnio załatwiał sprawy w nadziei na kolejną wygodnie spędzoną noc. Nie był to jakiś wybitnie bogaty klient, ale nikt inny nie przychodził mu póki co na myśl. Zgarnął włosy za ucho i już miał zadzwonić, gdy usłyszał szybkie kroki dobiegające ze strony, gdzie zaparkowało chwilę temu auto. Intuicja znów go nie zawiodła, nieznajomy był waliską dolarów na samoobsługowych nogach.
Obejrzał się i zobaczył wychodzącego właśnie z bocznej uliczki mężczyznę w czarnym, sportowym garniturze. Na jego widok nieznajomy uśmiechnął się i pomachał mu z zadowoleniem ręką. Podszedł jeszcze energiczniejszym krokiem, po czym odezwał się z ciężkim akcentem, przywodzącym na myśl obcokrajowca, który nauczył się słów, ale zapomniał ich wymowy w danym języku.  Mimo to wiedział, że był to akcent sztuczny, mężczyzna z całą pewnością pochodził z tego miasta.
- No nareszcie cię znalazłem. Słyszałem od Jacka, że można cię tu znaleźć. Dobrze trafiłem, tak?
- Zależy, kogo szukasz – wzruszył ramionami, sprawdzając jeszcze raz, czy jego towarzystwo jest na tyle daleko, by nie móc słyszeć rozmowy.
- Potrzebuję skrytobójcę na wyłączność, jesteś zainteresowany? – spytał przybysz, jakby w ogóle nie słyszał ostatniej wypowiedzi. – O zapłatę nie musisz się martwić, mam dwie platynowe karty, obie są do twojej dyspozycji ile tylko chcesz. Mieszkanie, służbę, wyżywienie, ubranie i co tam jeszcze trzeba też załatwiam sam.
- A skąd pewność, że nie jestem podstawionym psem, co? - na jego twarzy zagościł lekko kpiący uśmieszek. - Takie informacje na poziomie finansistów pewnie są niezłymi kompromatami, co? – zaśmiał się, ale jego oczy pozostawały cały czas poważne i jakby nie na miejscu – do bólu spostrzegawcze i inteligentne.
- No cóż, rzadko kiedy spotyka się psa, który jest kotem – odpowiedział równie żartobliwie mężczyzna. Na taką odpowiedź spoważniał w sekundzie, a jego wzrok stał się jeszcze bardziej przeszywający i bezwzględny.
- Skąd masz takie informacje, co? Nie przypominam sobie, żeby… - zawahał się na sekundę, po czym prychnął jak zwierzę. – Ten skurwysyn Jack nie potrafi nawet trzymać mordy zamkniętej, komu liże dupę. Radzę mu być co najmniej w Europie, jak chce mieć jeszcze użytek z klejnotów. Choć świat i tak wiele nie straci – wymruczał zirytowany, po czym podniósł wzrok na rozmówcę. – Czego ode mnie oczekujesz? Jakieś konkretne nazwiska, czy jak leci? – spytał szorstko, przez chwilę nie panując nad irytacją.
- Na razie żadne. Jak sam już stwierdziłeś, świat finansistów jest bardzo delikatny na niewygodne informacje. Chcę, żebyś pracował dla mnie jako czarna ręka, słuchał, kto co gada na bankietach, która baba chce narobić szumu z alimentami na cudzego bachora, komu wymówić współpracę i tak dalej. Nie powinno to chyba stanowić dla ciebie problemu, co? Czasami jakiś cieć będzie do zabicia, ale to już tylko dodatek imprezowy. No, a poza tym… - mężczyzna urwał w połowie wypowiedzi z tajemniczym grymasem na twarzy.
- Poza tym? – podniósł w górę brew zaintrygowany. Zazwyczaj nie przepadał za klientami, którzy wymagali od niego czegoś więcej jak pojedynczego zabójstwa czy informacji, ale nieznajomy wydawał się być bogaty i, co ważniejsze, mógł mu dostarczyć rozrywki na dość długi czas. Był leniwy, ale, mimo to, paradoksalnie nie lubił nudy. Pieniądze czy uznanie go nie interesowały, choć uwielbiał wygodę, dlatego też przyjmował bądź odrzucał zlecenia na postawie intuicji, czy będzie się przy nim dobrze bawił. Jego intuicja w większości przypadków była z resztą wieszcza i uchroniła go parę razy przed niewygodnymi sytuacjami.
- … poza tym nie oszukujmy się, kogo zazwyczaj się szuka w Dzielnicy Zero – mężczyzna zmrużył nieco oczy i pogłaskał go po policzku. Miał ciepłą dłoń o nieco szorstkiej skórze, dość dużą i wręcz podręcznikowo zbudowaną. Na serdecznym palcu nosił szeroką obrączkę z drobnymi ostrymi kamieniami, ale nie była to z pewnością obrączka ślubna. Nie było to też srebro, bo metal nie zostawiał po sobie tego chłodnego wrażenia czegoś naprawdę gładkiego, ale emanował delikatnym i miękkim ciepłem. – Jesteś jeszcze ładniejszy, jak mówił Jack, wiesz?
- A mówił też, że za irytowanie mnie ma się załatwione mieszkanko na wieki wieków amen? – mimo ostrych słów, odwrócił wzrok w lekkim zażenowaniu. Nieznajomy tylko się zaśmiał.
- Bierzesz tą robotę, czy nie? Jeśli tak, to chciałbym usłyszeć pięć powodów, dla których twierdzisz, że nie jestem podstawiony i mogę się wypłacić.
- Pięć? Sol (Ferrari Sol - supersamochód rocznik ’24), Hugo (Hugo Boss – projektant garniturów), Mikea (Mikea Studio - najdroższy fryzjer w Japonii), Portchett (Jean Portchett – projektant luksusowych krawatów), a do piątego powinieneś dojść sam – stwierdził z grymasem, kładąc rękę na biodrze, by niby przypadkiem odsłonić kawałek ostrza sztyletu. – A co do roboty, to jeszcze się nie zdecydowałem,  w razie czego cię znajdę – stwierdził, po czym obrócił się z gracją i miał zamiar odejść, ale powstrzymała go dłoń zaciśnięta na nadgarstku. Obejrzał się przez ramię na nieznajomego. – O co chodzi?
- Jesteś pewien, że mi odmawiasz? Mało kto może wydać na ciebie tyle pieniędzy, co ja.
- Pieniądze to nie wszystko – uśmiechnął się, przypominając sobie kwestię ze starego polskiego filmu [klamra i tytuł filmu Juliusza Machulskiego; przyp. aut.]. Jego matka była w połowie Polką i często oglądała takie starocie, bo ponoć „przypominały jej diamenty wśród brykietu”, ale nie wnikał, co to oznaczało. – Poza tym, powiedziałem tylko, że przemyślę. Jak do tygodnia nie zjawię się u ciebie, wtedy możesz narzekać.
- Jasne, jasne. A tak swoją drogą, to Jack nigdy nie wspominał, jak masz na imię…
- Nie mam imienia – wzruszył lekceważąco ramionami, choć w głębi duszy ta uwaga go zabolała. Nie lubił tego tematu. – Możesz do mnie mówić, jak chcesz.
- W takim razie, niech będzie Shin. Ponoć daje nadzieję – stwierdził z uśmiechem mężczyzna. – Będę czekać – powiedział, po czym odszedł, zostawiając go samego.
Ziewnął przeciągle, po czym popatrzył w stronę wciąż czatujących za latarnią podglądaczy. Uśmiechnął się sam do siebie, po czym zrobił kilka kroków w ich kierunku.
- Nie uważacie, że usłyszeliście coś, czego nie powinniście? – spytał wesoło, sięgając po nóż schowany za klapą spodni na biodrze. Gdy nie otrzymał odpowiedzi, mlasnął niezadowolony językiem, w ułamku sekundy rzucił nożem, trafiając jednego z mężczyzn prosto w krtań i rozcinając mu niemal zupełnie szyję. Na twarzy zabitego nawet nie zdążyło pojawić się zdziwienie, czy ból. – Może teraz? – spytał słodko. Pozostała przy życiu dwójka popatrzyła po sobie z przerażeniem. W przeciągu kolejnej minuty było już po sprawie.


Tak, wiem, że bez imion. Mam nadzieję, że się nie pogubiliście w tym, kto był kto. Imienia Shina nie użyłam, ponieważ dopiero teraz je zyskał (użwane będzie w przyszłości też Kuro jako skrót od Kuroneko, co oznacza Czarny Kot. Czemu akurat takie wyjaśni się "potem", sugestia już padła). A co do "nieznajomego", to w odpowiednim momencie też się ono znajdzie, na razie nasz "najgłówniejszy" bohater też go nie znał i głównie to stało się powodem pominięcia tej informacji.
Jak ktoś znalazł orta, to proszę się nie ekscytować, tylko dać przy okazji znać, linux podkreśla mi wszystko albo nic, bez względu na program. Taki urok anglojęzycznego systemu.
Jak ktoś wchodził na galerię i mu się nie załadowało... to uprzejmie informuję, iż to tylko gif z latającym kółeczkiem jest, galeria "się robi", powinna się pokazać przy końcu Dzielnicy Zero.
Acha, jeszcze jedna bezużyteczna informacja na końcu - przyuważyłam dziś w krewetkarium jedno maleństwo, tylko nie wiem, kto je urodził i czy gdzieś jeszcze żyje. Co prawda, obsada na biurku krwiożercza nie jest, ale taki milimetrowy przecinek to i przez ślimaka przypadkowo może być przejechany. No nic, jak będę miała pełny poród w niedługim czasie, to coś się na pewno uchowa.
A teraz łapki na klawiaturkę, do komentarzy, rodacy (uprzejmie proszę).

Kolejny post w najbliższą niedzielę lub wtorek (poniedziałek to dzień egzaminowy, więc odpadam).