Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dopóki śmierć nas nie podzieli.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dopóki śmierć nas nie podzieli.... Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2015

Dopóki smierć nas nie podzieli... - cz. 2

WAŻNE:
Piszę tutaj, bo na końcu może umknąć uwadze. Nowe rozdziały będą się pojawiać jedynie w momencie, gdy pod poprzednim postem znajdą się co najmniej 3 komentarze. Proszę mnie nie posądzać o szantaż, wspominałam już kilka razy, że nie ma mnie bez was, a chęć wiedzy, czy ktokolwiek czyta moją wielogodzinną pracę chyba jest uzasadniona. Jeżeli rzeczone 3 wypowiedzi pojawią się przed terminem wyznaczonym na pojawienie się notki, post pojawi się wedle rozpiski. Jeśli nie, to 1-2 dni po pojawieniu się trzeciego komentarza. Ostatecznie spędzam masę czasu na pisanie i działalność pozapisarską związaną z blogiem (album, animacja, pdf, itp.), a może nie ma to sensu, gdyż nikt nawet nie czyta. Jako komentarz liczę wypowiedź NA TEMAT BLOGA, nie "fajne, wejdź na xxx" lub "no, to klepnę trzeci wpis i publikuj", jedna osoba pisząca "w kawałkach" to też jeden komentarz. Skoro ja mogę tyle napisać, to wy też będziecie potrafić stworzyć spójną wypowiedź na pięć zdań. Dziękuję za uwagę.

- Shto?! Ty nie iznaiesh gdzie oni?! Shto ty dzielal' wo wsiu wriemiu? Ia ich chociu siegodnia ili zawtra, ty panimaiesh? Eto npikaz! [ros. Co?! Ty nie wiesz, gdzie oni są?! Co ty robiłeś cały ten czas? Chcę ich mieć dziś lub jutro, rozumiesz? To rozkaz!] – kobieta rozłączyła się ze złością i zerknęła na siedzącą kilka metrów dalej przy stoliku dwójkę mężczyzn. Dyskutowali luźno, zupełnie niezainteresowani prowadzoną przez nią rozmową telefoniczną. Schowała telefon do małej torebki, zmełła w ustach przekleństwo i z firmowym uśmiechem na twarzy wróciła do towarzystwa.
- Ja ocien’ przepraszam, że odeszłam – zachichotała taktownie, siadając. – Panowie panimaietie, problemy z biuru – wytłumaczyła się i wzięła drobny łyk ze stojącej przed nią głębokiej czarki na wino.
- Ależ oczywiście, tak duża organizacja jak pani na pewno miewa swoje złe dni - odpowiedział Keith, bardziej przez etykietę niż prawdziwą wiarę w swoje słowa. Miał nadzieję, że ich umowa dojdzie do finalizacji i w końcu otrzyma tak potrzebne mu podpisy na papierach. Był skłonny nawet nie wrócić na noc do domu i zostawić Shina samego, jeśli wymagałaby tego sytuacja.
- No, ale nie mówmy o tak niemiłych rzeczach, w końcu trzeba się delektować dziełem tutejszego kucharza, a nieprzyjemne tematy skutecznie to uniemożliwiają – temat skończył Yukimura Kadoyuu, właściciel dość dużej firmy jubilerskiej GoldBluE, której wyroby zasiliły nawet w drobnej mierze kolekcję cesarską. Mężczyzna miał może czterdzieści lat, był typowo azjatyckiej postury, miał czarne, lśniące, krótko przycięte włosy i nosił szary garnitur, nieco może za szeroki jak na jego sylwetkę, ale i tak dobrze wyglądający. Uwagę zwracał zupełnie niepasujący do reszty wizerunku kolczyk w lewym uchu – piękna złota biżuteria z mnóstwem maleńkich kamieni szlachetnych, które, mimo swoich rozmiarów, kosztowały nie aż tak małą fortunę.
- Ależ oczywiście – zachichotała kurtuazyjnie Inez Casella, czterdziestojednoletnia prezes organizacji kulturalnej Nasz Czas, skupiającej mniej lub bardziej poczytnych artystów młodego pokolenia. O ile artyści nie byli znani, o tyle licencja NC była na tyle rozpoznawalna, że nawet najgorszy ochłap prędzej czy później zdobywał swoją grupę docelową, jeśli tylko był sygnowany nią. Jako że Nasz Czas był z założeń swoich wolny od wszelkich zobowiązań finansowych członków, stale poszukiwał nowych sponsorów, którzy za mniej lub bardziej hojne datki mogli liczyć na przychylność organizacji i zebranego dookoła niej salonu kulturalnego, który, jak wiadomo, od lat kształtował świadomość mas, zarówno w artystycznym, jak i tym polityczno-gospodarczym wymiarze. Niedziwne więc było, że zarówno Eanthyl Corporation, jak i GoldBluE znalazła w swoich zasobach środki na finansowanie „młodych zdolnych”, którzy jakimś dziwnym przypadkiem akurat wszyscy wydawali pod banderą NC. – Proczitalis'cie może ostatnio wydany tom powieści Junko? Wspaniała kniga, jak zwykle dziewczyna pokazała swoj talent.
- Junko? To autorka „Sagi Pradawnego Zakonu”, tak? – dopytał Keith. Jakiś czas temu rzeczywiście przemknęła mu przed oczami książka z takim autorem, prawdopodobnie u Shina, który większość wolnego czasu spędzał czytając coś.
- Tak, tak, iznaiet to pan? Prawda, że ocien' dobrze prowadzona fabuła?
- Osobiście niestety nie, nie pozwala mi na to czas. Ale mój partner ma wszystkie części, był zachwycony – odpowiedział mężczyzna, planując w duchu, by sprawdzić, czy rzeczywiście takie książki mają w domu na wypadek, gdyby kiedyś musiał wpuścić Inez do domu. Powinien się też zainteresować, do kogo tak naprawdę idą oficjalnie jego pieniądze.
- Ach da, rozumiem. Szkoda w takim razie, mogu tolko życzyć znalezienia chwili otduchu – odpowiedziała Inez z uśmiechem.
- Skoro już jesteśmy przy książkach, to nie wiesz może przypadkiem moja droga Inez, kiedy mój Prenel wznowi wydawanie „Zaklętej”? – do rozmowy dołączył dotychczas milczący Yukimura.
- Szczerze mówiąc, to nie wiem, ostatnio nie widziałam go w biurze. Ale myślę, że coś już zaczął pisać, zazwyczaj ma natchnienie po wyjeździe, a, nie chwaląc się, udało nam się zorganizować mu i kilku innym plenerowcom objazd po Europie i terenach arabskich – odpowiedziała lekko kobieta. – Z tego, co wiem, to mówił, że był naprawdę pod wrażeniem Arabii Saudyjskiej, więc może tym razem doczekamy się nutki orientalizmu u Tropiciela – stwierdziła, uchylając się lekko, by kelner mógł zabrać niemal już puste talerze ze stołu, robiąc miejsce na deser.
Atmosfera spotkania była przyjemna i z dużym prawdopodobieństwem zmierzała ku pomyślnej finalizacji. Keith dziękował wszystkim bogom, których sobie potrafił przypomnieć, że Yukimura był bibliofilem i potrafił umiejętnie zagadać kobietę tak, by ta była zadowolona. No cóż, będzie mu winny większe zamówienie, jeśli wszystko się uda. Po skończonym posiłku w trójkę udali się do windy, aby wrócić do swoich zajęć. W głowie Keitha już wibrowała wizja kolejnych godzin spędzonych przed komputerem lub z telefonem niemal wmontowanym w ucho.
- A jeśli chodzi o pańską prośbę, to myślę, że nasza organizacja nie straci, a może jeszcze nawet zyska na umowie z Eanthyl Corporation, dlatego w dużym prawdopodobieństwem dogadamy się – stwierdziła kobieta, gdy żegnali się już na parkingu podziemnym. Keith niemal odetchnął z ulgą. – Skontaktuję się jeszcze co do konkretnej daty, kiedy się spotkamy – stwierdziła i odeszła z gracją zupełnie niepodobną do kobiety w średnim wieku. Pomimo pierwszych zmarszczek miała w sobie takie dziwne coś, co pozwalało jej zachować energię i wręcz młodzieńczą żywiołowość, co w połączeniu z doświadczeniem i rozwagą osoby dorosłej tworzyło z niej naprawdę niebezpieczną kobietę.
Keith wyciągnął telefon, popatrzył na godzinę – zbliżała się dwudziesta. Wiedział, że w swoim biurze spędzi jeszcze co najmniej godzinę, ale chciał usłyszeć głos kochanka czekającego teraz pewnie w domu, może nawet i zastanawiającego się, co na siebie włożyć na dzisiejszy wieczór.
Lubił udawać, że nie widzi tych subtelnych zmian, jakie co rusz mu fundował chłopak. Nowa długa, przylegająca do ciała koszula, kolejna fryzura robiona niby w pięć minut, rzucone przez rzekomy przypadek stwierdzenie, że cały dzień czytał, tylko po to, żeby podkreślić, jak bardzo się nudził, gdy go nie było. Uwielbiał to wszystko, doprowadzało go do pasji, jakiej już dawno nie czuł przed związkiem z chłopakiem. Wiedział, że kilka osób zwracało uwagę na różnicę wieku, jaka ich dzieliła, jednak dla niego był to jedynie powód do zadowolenia, zwłaszcza, że na kondycję nie narzekał. A przy tym czuł się młodszy o ładne kilka lat za każdym razem, gdy pod palcami czuł miękką i idealnie gładką skórę.
Wybrał numer na liście szybkiego kontaktu i przysunął telefon do ucha. Zwykł odbywać personalne rozmowy na trybie głośnomówiących, ale teraz nie chciał, by ktokolwiek mógł usłyszeć ukochany głos poza nim, bez względu na to, jak głupia to była zazdrość. Shin odebrał dopiero po dłuższej chwili.
- T-tak? – spytał z wyraźnie przyspieszonym oddechem.
- Shin, kotku, nie będzie mnie jeszcze trochę w domu, dasz radę? A tak w ogóle, to co ty tam robisz? – spytał, starając się za wszelką cenę zdusić podejrzliwość.
- Tak, tak, mamusiu, nie wybuchnę domu – stwierdził chłopak nieco prześmiewczo. – Z resztą i tak jestem teraz poza nim, mam umówione spotkanie z Dhirenem. Nie wspominałem rano?
- Nie… chyba nie – mężczyzna przejrzał w głowie wspomnienia z poranka, ale żadne nie było związane z rzeczoną informacją. – No nic, w takim razie miłej zabawy, jak będziesz kończył, to zadzwoń. Postaram się załatwić wszystko jak najszybciej i zabieram cię do restauracji.
- Dzi-dzisiaj?! Keith, przepraszam, to nie jest chyba najlepszy pomysł. Może k-kiedy indziej. Przepraszam – powiedział chłopak szybko i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Schował szybko telefon do zapinanej kieszeni kurtki i zwolnił przepustnicę, po czym włączył się dość ciasnego ruchu drogowego.
Jako że wiele osób wracało właśnie z pracy, podróż zajęła mu zdecydowanie więcej czasu, niż by sobie życzył. Dopiero w Dzielnicy 16 zdołał przyspieszyć nieco.
- Spóźniłeś się – stwierdził Dhiren w progu z krzywym uśmiechem, odpychając od muru. – Znajdzie się tam jeszcze miejsce za tobą? Znam świetną kameralną knajpkę, do której już zaprosiłem pewną kobietę z którą powinniśmy się spotkać – oznajmił lekko.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, nie mam drugiego kasku – stwierdził Shin wyłączając silnik. – A po pijaku już na pewno nie będę jechał, bo mnie Keith zabije, jak się o tym dowie. Wiesz, że dzisiaj dużo mi do pełni szczęścia nie trzeba – stwierdził, przejeżdżając językiem po zębach.
- Dobra, wstawiaj motor, idę po beemkę. Tylko jak coś zrobisz z ukochanym wozem Rasula…
- Nic nie zrobię, najwyżej weźmiemy reklamówki – chłopak zaśmiał się szeroko, odsłaniając zwierzęce kły. – Tak, wiem – ubiegł Dhirena, gdy ten chciał mu wypomnieć zwierzęcy narząd.

Shin rozejrzał się po okolicy.
- No, nie powiem, gust, to ty masz – stwierdził z szacunkiem przyglądając się restauracji, przed którą stali. – Mam nadzieję, że pieniądze też.
- O to, to ty się nie martw, i tak nie jest na mój koszt – stwierdził luźno Dhiren, klikając automatyczne kluczyki do samochodu i chowając je do kieszeni.
- To znaczy? – spytał ostrożnie Felina. Do jego nozdrzy już dochodziły zapachy z wnętrza lokalu, mógł je niemal czuć w swoich ustach.
- To znaczy, że właściciel mi wisi przysługę. A takie drobne to i tak nie jest problem – Shin westchnął głośno i przewrócił oczami słysząc tą uwagę. Wiedział, że zarówno Kauaa, jak i jego Keith o rachunkach za obiad nie mówili inaczej jak o drobnych „na waciki”, jednak dla niego wciąż to było wystarczająco dużo, by móc wyżywić się przez miesiąc, i to w dodatku wybierając tylko swoje ulubione produkty.
- Chodźmy już może, co? – rzucił szybko chłopak, żeby jak najszybciej skończyć sporny temat. Dhiren popatrzył na niego lekko zdziwiony taką reakcją, ale przytaknął z lekkim westchnieniem.
Scarlet Vintage była lokalem wysokiej klasy, dlatego też wszystko w jej wnętrzu aż biło dostojną elegancją i wysoką jakością. Biała podłoga z porcelany stała w opozycji do hebanowoczarnych ścian z wzorem małych, białosrebrzystych kwiatuszków na całej rozciągłości. Po obu bokach ciągnęły się jednostajnie dwie listwy świetlówek LED w kolorze nieco przygaszonej bieli. Już przy drzwiach przywitała ich obsługa w trzyczęściowych garniturach: mężczyźni z dokładnie przyczesanymi włosami, a kobiety związanymi w jeden i ten sam u wszystkich rodzaj wysokiego koka ciasno upinającego nawet grzywkę. Wydawało się, że nawet chodzili w jednym rytmie, miarowo wystukując na płytkach rytm wolnego marsza.
Kelner, mężczyzna w wieku około trzydziestu kilku lat zaprowadził ich do stolika, przy którym siedziała już kobieta w wieku średnim. Miała długie, rudobrązowe włosy spływające falami na ramiona, zaczesane na lewe oko. Prawe było duże, niemal okrągłe i miało przyjemny kolor brunatnej ochry. Ubrana w skromną, szarą suknię z kapturem z szerokim paskiem z klamrą w kształcie lilii jako jedyną ozdobą, robiła naprawdę dobre wrażenie mimo lekkich, acz widocznych zmarszczek i widocznie zdeformowanych pracą dłoni. Nie wydawała się być kimś z wyższej sfery życia towarzysko-społecznego, a jednak odnajdywała się bez trudu w etykiecie i niemal bezwiednie reagowała na sygnały wysyłane przez obsługę z lekkością, jaką spotkać można jedynie u stałych bywalców takich miejsc.
- Widzę, że już przyjechaliście – przywitała się nie wstając z miejsca. – Cieszę się, Dhirenie, że udało nam się skontaktować ze sobą – powiedziała głosem cichym i o nieco przytłumionym wydźwięku, niemal jakby mówiła przez szybę.
- Przyjemność po mojej stronie – odpowiedział z uśmiechem Dhiren. - Pozwól, że przedstawię ci mężczyznę, o którym wspominałem podczas naszej rozmowy. Lauro, to Shin, o ile pamięć mnie nie myli Mare.
- Okita – poprawił go chłopak i dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie mówił jeszcze nikomu o tym, czego dowiedział się dwa dni wcześniej od Keitha. Na tą wzmiankę kobieta przyjrzała mu się badawczo, ale nic nie powiedziała.
- To twoje prawdziwe nazwisko? – rzucił lekko Dhiren. – Wracając do rzeczy, to jest Shin Okita, Felina Nox i aktualny partner Keitha Eanthyla. A to jest – skinął kurtuazyjnie ręką w stronę siedzącej kobiety. – Laura Forster, przywódczyni Columbia, która na moją prośbę przyleciała tutaj z Wameryki. Dobrze pamiętam, że zajmujesz się transportem, tak?
- Przesył lotniczy wewnątrz kraju – potwierdziła kobieta, skinąwszy głową. - Nie, żeby to było dziwne w mojej sytuacji – stwierdziła, chichocząc lekko z gracją. – Ależ siadajcie, chłopcy, siadajcie.
- Pani wybaczy impertynencję – zaczął Shin, cicho przystawiając sobie krzesło do stołu. – Ale mogłaby mi pani przypomnieć, jakim gatunkiem są Columbia? Rozumie pani, nie miałem zbyt dużej styczności z innymi ludźmi z racji zawodu.
- Oczywiście, Columbia to z łaciny gołąb, jestem pawikiem. I nie przeszkadza mi to pytanie, często instruuję… ludzi, co do nazewnictwa naszych gatunków – odpowiedziała lekko matczynym tonem. – Można wiedzieć, jaki zawód pełnisz? Bo jak mniemam, „kochanek” nie jest płatną profesją.
- W moim przypadku chyba jednak jest – zaśmiał się Shin, z rozbawieniem notując fakt, że Dhiren cały czas patrzy na niego z wyrzutem niezbyt określonej treści. – Ale nie o tym myślałem. Jestem skrytobójcą, obecnie u Keitha w charakterze cichego strażnika.
- Oh, rozumiem… - kobieta wydawała się być zdziwiona w ten nieco przestraszony sposób kogoś, kto właśnie dowiedział się, że jednak nie dostał wymarzonej pracy mimo najlepszych refere-cji, a na innych pracodawców nie ma co liczyć.
- Proszę się nie martwić, rzadko kiedy używam broni przy ludziach, a i innych możliwości używam jedynie w razie konieczności, nie jestem typem szalonego mściciela – powiedział lekko chłopak, zauważając niepokój kobiety. – Prawda, Ren?

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Dopóki śmierć nas nie podzieli... - cz.1

KOMENTARZE PROSZĘ. Bo ostatnio coś zaniemogło i to pełną parę. Dziękuję za uwagę, polecam się na przyszłość i teraźniejszość.

- Och, doprawdy nic nie wiesz? – spytał Shin czule, zbliżając twarz do ust mężczyzny. – Szkoda by było zniszczyć tak piękną buźkę – szepnął mu do ucha, oblizując usta tak, że przez ułamek sekundy dotknął czubkiem języka narząd mężczyzny.
- Przecież mówię, że nic… Aaaa! – przerwał, gdy jego udo przeszedł nieopisany ból. Spojrzał z przerażeniem na swoją nogę i zobaczył, że Shin wbija mu powoli sztylet w ciało, delektując się wydawanymi przez niego dźwiękami. – Aaaa… prze! Przestań!
- Mam odpuścić zabawę tak za nic? – spytał słodko i przejechał obutą nogą po kroczu mężczyzny, niby przypadkowo poruszając jego nogą, czym tylko wzmocnił ból u swojej ofiary.
- Błagam, powiem wszystko! Tylko przesta-a-aaań! – krzyknął jeszcze raz, gdy metal szybko i niespodziewanie opuścił jego ciało, a wszystkie chociaż częściowo przyblokowane tętnice zyskały właśnie miejsce, by wylać całą pompowaną krew.
- Słucham – stwierdził sucho Shin i odsunął się na krok od swojej ofiary. Pełnym pogardy spojrzeniem zmierzył mężczyznę. Miał czterdzieści kilka lat, posturą nie wyróżniał się z tłumu, chociaż jego rysy były nieco europejskie, ubierał się niemal jarmarcznie w błyszczące koszule z wysoko postawionym kołnierzem. W hierarchii mafijnej był niezbyt wysoko, co tylko ułatwiło Shinowi potraktowanie go w taki, a nie inny sposób. W Shinie budził obrzydzenie, nie mógł wręcz patrzyć, jak ten płaszczy się i stara przypodobać, niemal dziękując mu za przywiązanie go starymi szmatami do tego krzesła, bo przecież mógłby równie dobrze kazać mu stać, czy wręcz wisieć na drucie kolczastym. Dlatego też nie miał zamiaru traktować swojego celu jak czegokolwiek więcej jak karalucha, którego można zdeptać w każdej chwili bez najmniejszych odruchów sumienia.
Przesłuchiwany mężczyzna nie miał mu zbyt wiele do zaoferowania, wiedział jedynie o kobiecie z rosyjskim akcentem i dwóją mężczyzn, którzy zadawali śmieszne pytania typu „czy nie pałęta się w okolicy więcej kotów niż zazwyczaj?”, „czy nie widział ktoś czegoś lub kogoś dziwnego?”, jak gdyby pytania te miały jakikolwiek sens w dzielnicy ubóstwa i dziwek i handlarzy wszystkim, włącznie z żywym towarem, lewymi dokumentami, dragami i bronią wszelkiego kalibru.
Po rozprawieniu się ze swoją obecną ofiarą chłopak planował wpaść jeszcze do jednego znajomego bossa i spróbować szczęścia w niedobitkach Shinkurogumi, licząc na przywiązanie do byłego przywódcy. Wiedział od Elliota, że gang nazywał się teraz Kurokazera i dowodził nim niejaki Schwartz.
Zerknął na komórkę. Dobiegała siedemnasta dwadzieścia siedem, miał nieco ponad dwie i pół godziny do spotkania z Dhirenem, a dalej jego wiedza pozostawała na zerowym poziomie. Martwiła go też potencjalna póki co rozmowa z Keithem. Właściwie, to bał jej się chyba nawet bardziej, jak tej z fryzjerem. Miał właśnie schować telefon do kieszeni, gdy zawibrował lekko, a na wyświetlaczu pojawił się numer Itachiego. Zdziwiony nieco chłopak odebrał i przysunął sobie telefon do ucha.
- Co jest, Itachi? Katama cię zostawił i szukasz partnera do opicia sytuacji? – zażartował, ale jego mina i oczy pozostawały poważne.
- Co? Nie, oczywiście, że nie, dlatego tak uważasz? Po prostu… dobra, zapytam wprost. Czy koty i inne… gatunki mają jakieś znaki szczególne na ciele? Wiesz, znamiona i takie tam – chłopak nie potrzebował wyczulonych zmysłów, by zauważyć, że głos mężczyzny drży.
- Felina nie, ale o ile wiem, to Corvi na przykład mają małe czarne piórko na karku tuż nad włosami, przeżuwacze też coś tam chyba mają. A co? – spytał, nie rozumiejąc pytania.
- Bo widzisz… jest taka sprawa. Przyszła do mnie na oddział matka z dwójką dzieciaków do zbadania. I cała trójka ma takie samo znamię pod okiem, co nie jest normalne, bo tych zmian skórnych się nie dziedziczy, a już na pewno nie tak dokładnie. Może bym i zrzucił to na wyznanie, czy coś, ale te dzieciaki zachowują się zupełnie nieadekwatnie do wieku, matka też jakaś spłoszona jest, a jak się zapytałem o to, to już zupełnie prawie uciekła. A ostatnio wypytywała o ciebie jakaś kobieta w Illii, pomyślałem, że to może ma jakiś związek.
- Znamię pod okiem, tak? Jakiś konkretny kształt ma? – Shin przez chwilę wertował wspomnienia, ale ostatecznie nie znalazł nic.
- Bo ja wiem… może trochę jak czterolistna koniczyna, ale to trudno orzec. W każdym bądź razie, mam ich próbować przytrzymać, czy co?
- Nie, nie ma sensu. Spisz mi dane, ja sobie potem poszukam, na razie jestem zajęty. Ale dzięki za pamięć, a co do tej kobiety, to już sprawa wyjaśniona – Shin uśmiechnął się do siebie, jak bardzo kłamliwe było to stwierdzenie. Nic nie wyjaśnił i właśnie to go drażniło.
- Jak wolisz. To cześć, bo za chwilę naprawdę mi zwieją, a młodszy dzieciak ma problemy z nogą. Jakiś dziwny zrost kości, ponoć przez bransoletkę, czy coś. Nie wiem… no nic, do zobaczenia wieczorem, na pewno będę w Illii dzisiaj.
- Cześć – odpowiedział chłopak, ale jego myśli były już gdzie indziej. Rozłączył się, zerknął jeszcze raz na zegarek i schował telefon do kieszeni, po czym szybkim krokiem wrócił do zostawionego w pustym hangarze motocykla. Był już niemal pewien, co powinien zrobić.
Zamaszystym ruchem wsiadł na motor, wcześniej zwalniając stopkę. Otworzył gwałtownie przepustnicę i z ostrym warknięciem wyjechał na ulicę przy wtórze pisku niewyrabiających opon, czym wzbudził zainteresowanie lokalnych zbirów-półgłówków, rozmawiających właśnie o czymś po przeciwnej stronie chodnika. Jechał niemal przez godzinę na najwyższej dozwolonej prędkości, zatrzymując się jedynie na bramkach na granicach dzielnic. Wcześniej śmiał się z Keitha, gdy ten uparł się, że wyrobi mu przepustki, ale ostatnio coraz częściej doceniał możliwość płynnego poruszania się po całym mieście bez potrzeby zmieniania kształtu i skradania się za plecami strażników. Nazwisko na jego dokumentach (Shin Emanuel Mare) było oczywiście zmyślone i poza formalnymi druczkami nie istniało, ale i tak było wygodne. I dość popularne, co stanowiło dodatkowy plus sytuacji.
Bez trudu pokonał niemal całą długość miasta i ostatecznie zatrzymał się pod stylizowanym na dom herbaciany budynkiem, który w rzeczywistości był ekskluzywnym burdelem dla wysoko postawionej i nie narzekającej na odcień platyny na karcie części społeczności miejskiej. Oczywiście, oficjalnie Burleskowa Dama oferowała jedynie towarzystwo na poziomie na bankiety, do teatru, czy miłą kolację, ale kto by tam pilnował klientów, co robią co do minuty. Z resztą, prywatna loża teatru naprzeciwko, czy firmowa plaża nie wzbudzały w nikim podejrzeń, o ile ich nie potrzebował. Główną atrakcją Burleskowej Damy były z resztą nie tytułowe damy, które bez wątpienia należały do elity, jeśli chodzi o fizyczność, a półlegalny wychowanek – Kaitou, znany ogólnie jako Kai. Z resztą, nieprzygotowany klient mógł nawet nie zorientować się, z kim właśnie rozmawiał, bo Kai był jednym z tych przypadków, w których naprawdę niewątpliwe było, że natura też czasami zalicza wpadki przy dobieraniu płci do osobowości i ogólnych poglądów. Dlatego też, mimo że zachowywał swoje ciało w stanie nienaruszonym, nosił się po kobiecu [wiem, że durnie to słowo brzmi, jak kto ma lepszy pomysł, będę wdzięczna; przyp. aut.], w na wpół tradycyjnych i bardzo ozdobnych kimonach, a długie niemal do kolan włosy farbował na odcień pośredni między fioletem a błękitem pruskim i spinał zawsze w misterne fryzury z mnóstwem spinek i sztucznych kwiatów. Czasami zdarzało mu się założyć spodnie, ale nawet mimo wyraźnie męskiego kroju miał w sobie taki dziwny urok, który odmieniał to wrażenie na jeszcze bardziej subtelne i kobiece.
Shin zostawił Yamahę na prywatnym parkingu i przeszedł bocznym wejściem do środka lokalu. Panowała tu cisza, bo większość domowniczek szykowało się już na swoje wieczory.
- O, Youko-kun – przywitała go uprzejmie właścicielka Burleskowej Damy używając pseudonimu scenicznego, pod jakim czasem się ukrywał, akompaniując na wieczorkach Burleskowej Damy. Czynił to zazwyczaj, gdy interesował go któryś z zamówionych klientów i liczył na informacje wydobyte w przyjemnej atmosferze. Kanako Sakuya była starszą kobietą w prostym kimonie i o nienagannych manierach. – Czyżbyś zmienił zdanie jednak? – spytała go z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Nie, dziękuję Kanako-neesan – odpowiedział chłopak, również się uśmiechając. Znał kobietę jeszcze za czasów, gdy pobierał nauki u Mistrza, dość częstego gościa i czasem zleceniobiorcy lokalu. – Wiesz może, czy Kai-neechan jeszcze jest? – spytał uprzejmie. Kobieta zamyśliła się chwilę i w końcu odpowiedziała.
- Myślę, że jest na to szansa, ostatnio coraz rzadziej zgadza się na przyjęcie jakiegokolwiek klienta – przyznała, składając ręce i chowając dłonie w rękawach. – Chociaż często też wychodzi, zwłaszcza po zmroku. Ale chyba jestem ostatnią osobą, która na to powinna narzekać – zaśmiała się lekko, kiwając głową w znaczący sposób. Podobnie jak Shin, była Felina, chociaż pochodzenie czyniło z niej jedynie małą, rudą kotkę o wyglądzie zbliżonym do kota z Mann.
- Oh, przesadzasz, Kanako-neesama – zachichotał Shin, po czym skłonił się lekko i odszedł w kierunku kwatery, jaką zajmował Kai wraz z trzema innymi domowniczkami. Zapukał lekko w drewnianą ramę rozsuwanych drzwi z papieru, a gdy po dłuższej chwili nie doczekał się odpowiedzi uczynił to jeszcze raz, po czym od razu odsunął jedno skrzydło na bok. Zastał Kaitou półnagiego w dużym pędzlem w ręce i próbującego dokładnie przypudrować plecy.
- Może pomóc? – spytał nieco kpiąco Shin, opierając się o framugę. Chłopak nawet na niego nie popatrzył.
- Czego chcesz tym razem? – spytał ostro, a jego dłoń zadrżała nieznacznie, powodując przyprószenie czystej części skóry.
- To tak mnie teraz witasz? – zaśmiał się Shin, podchodząc. Wiedział, że, mimo mocnego tonu, Kaitou w gruncie rzeczy uznawał go za kolegę, być może nawet przyjaciela. – A ja tu z intratną propozycją przyszedłem… no, ale skoro nie, to…
- Czekaj! – Kaitou zawołał za odwracającym Shinem i wstał, naciągając na ramiona spodnie kimono. – Mój ostatni klient był nieco zbyt zażyły, niż bym sobie tego życzył i ciągle mi to siedzi w głowie – westchnął, wywracając oczami. Prawdziwość tego twierdzenia była względna. – Więc? – spytał, tym razem bardziej ugodowo.
- Jak zwykle, potrzebuję informacji. Z tym, że może być trudno je wyciągnąć.
- Nie ma takiego mężczyzny, z którego trudno jest wyciągnąć informacje – żachnął się Kaitou, opierając w dowcipnej zalotności na ramieniu Shina. – Z resztą, sam to powinieneś wiedzieć, Youko-chan.
- Tym razem jest naprawdę trudno, bo nie wiem nawet, u kogo zacząć poszukiwania. I dlatego też cena jest odpowiednia – chłopak uśmiechnął się, gdy mężczyzna na jego ramieniu drgnął. Wiedział, że poruszył odpowiednią strunę.
- Odpowiednia, to znaczy jaka? – spytał ostrożnie.
- A co byś chciał? – zaćwierkał słodko Shin. - Wiesz, że mój obecny partner może ci nawet zasponsorować prywatną wyspę.
- Wiem, i dlatego nie chcę pieniędzy – odpowiedział Kaitou, a jego oczy błysnęły przez ułamek sekundy. – Jak dojdę do informacji, którą potrzebujesz, to się ze mną prześpisz. Oczywiście jako kobieta.
- Ty sobie chyba żartujesz! – wrzasnął Shin, obracając się i robiąc dwa kroki w tył. W tą nieodpowiednią stronę, zamykając sobie drogę ucieczki. Kaitou zaśmiał się jedynie w odpowiedzi, wyraźnie rozbawiony bardziej znaczeniem reakcji rozmówcy, jak nią samą.
- A ty chyba wpadłeś, i to po uszy – zachichotał lekkim tonem. – Wyluzuj, nie sypiam z zamężnymi kobietami – roześmiał się już głośno, bo wyraźnie nie spodobało się chłopakowi. – Dobra, już dobra. To o co chodzi?
- Wiesz, że to nie może wyjść poza te cztery ściany – westchnął w końcu Shin z rezygnacją. Gdy otrzymał wyczekiwane kiwnięcie głową mówił dalej. – W takim razie pamiętaj, że jak coś się wyda, to Kanako-neesama też będzie po uszy w kłopotach. Ostatnio pojawiła się jakaś grupa… Łowcy, tak się chyba nazywają. Albo coś podobnego, mam tłumaczenie z arabskiego, więc nie polegałbym na nim do końca. Ale mniejsza o to. Ci cali Łowcy z nieznanych mi powodów polują na zmiennokształtnych, wybili już znaczną część przywódców. Z tego, co wiem, to póki co w okolicy ich jeszcze nie ma, ale jakby coś, to chcę być na bieżąco, dobra?
- To znaczy, czego ty ode mnie oczekujesz, Youko-chan? – spytał mężczyzna, układając przed lustrem kimono na karku.
- Nie wiem. Do cholery, Kai-neechan, nie wiem – chłopak zacisnął zęby. - Czegokolwiek, żebym chociaż miał punkt zaczepienia. Wiem, że jesteś popularny, więc może prędzej, czy później pojawi się tu jakiś idiota ze słabą głową i coś powie.
- To niebezpieczne? – spytał Kaitou i wystawił się Shinowi, żeby ten zaciągnął mu mocniej szerokie obi w duże kwiaty jabłoni na czarnym tle.
- Może. Nie wiem, w zasadzie to nic nie wiem – przyznał chłopak, zręcznie zawiązując misterny węzeł. – Nawet nie wiem, na jakiej podstawie ci cali Łowcy szacują, czy ktoś jest człowiekiem, czy nie.
- A jakieś stare metody? Wiesz, czosnek na wampiry i tak dalej – zaśmiał się sucho Kaitou, ale nawet on nie miał przekonania do swoich słów.
- Wątpię, żeby elita nie dbała o lusterka lub paradowała publicznie z uszami na wierzchu. To jak, mogę na ciebie liczyć?
- Jasne, Youko-chan – mężczyzna poklepał Shina po ramieniu w niemal ojcowskim geście. – Wiesz, że lubię zwierzęta – dodał jeszcze, ale oboje wiedzieli, że tylko spróbował się drażnić z chłopakiem.


Doba, a teraz: AUDYCJA ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU.
Próbuję się pozbyć zalegających mi książek, w związku z tym zapraszam wszystkich na moją aukcję.
Większa cześć jest wystawiona osobno, żeby były zdjęcia. Pytać, części zbioru już nie mam. Jeżeli napiszecie do mnie wraz z hasłem "SiałaBabaMak", możecie liczyć, że zapłacicie za każdą książkę 1zł+wysyłka. Zapraszam, bo ja mam pół pokoju zawalone ;P

piątek, 28 sierpnia 2015

Dopóki śmierć nas nie podzieli... - cz.3

- Proszę się nie martwić, rzadko kiedy używam broni przy ludziach, a i innych możliwości używam jedynie w razie konieczności, nie jestem typem szalonego mściciela – powiedział lekko chło-pak, zauważając niepokój kobiety. – Prawda, Ren?
- Mnie do tego nie mieszaj, dobrze? – rzucił ten, nie kryjąc irytacji. – Przypominam, że mamy ważniejsze rzeczy niż twoja nieskromna osoba, prawda?
- Oh, Dhirenie, odrobina towarzyskiej pogaduszki jeszcze nikomu nie zaszkodziła - zachi-chotała kobieta, przysłaniając z gracją usta wierzchem dłoni. – Ale rozumiem, że masz coś ważnego z ostatniej chwili, skoro tak mówisz, prawda?
- Owszem, właściwie dostałem SMS’a od Rasula. Dwie Corvi zostały zamordowane na południu Kyushyu. Podał mi jakieś cyferki, ale nie mam pojęcia, co oznaczają. A w każdym wy-padku bardzo prawdopodobne jest…
- że mamy u siebie jakiegoś Łowcę, czy jak oni się tam nazywają – dokończył za niego Shin. – Mogę te „cyferki”? – spytał głosem pozbawionym emocji. Miał przeczucie, że rozpoczynała się pierwsza runda, a on zanim ruszy jakiekolwiek piony musi najpierw rozpoznać, które są które.
Dhiren popatrzył na niego nieco zdziwiony, ale ostatecznie sięgnął do kieszeni po telefon i wszedł w wiadomości archiwalne.
- Masz, ale jak dla mnie nie mają sensu – stwierdził znudzonym głosem. Chłopak popa-trzył na wyświetlacz.
- Numer broni, najwidoczniej znaleźli łuskę – stwierdził, czując, że zarówno Dhiren, jak i Laura popatrzyli na niego uważnie. Nie używam takich modelów, jak dla mnie są zbyt nieporęczne. Naboje przekrój 60mm, krótkie. O ile dobrze pamiętam w Japonii niemożliwe jest legalne po-siadanie takiej broni, chyba że mieszka się głęboko w lesie, rana postrzałowa bardzo duża, zazwyczaj przelotówka, jest w stanie zabić nawet duże zwierzę. Mhm… tak, jak myślałem, nie jest stąd, zare-jestrowana, a przynajmniej kupiona na terenie Azji wschodniej, co by potwierdzało Łowców. Dość stara, bo rocznik minimalnie większy od obecnej daty, więc prawie stuletnie… albo dwustu, choć w to wątpię [zestandaryzowany opis broni docelowej na łuskach nabojów został wprowadzony w 2054 roku i jest wymagany przy produkcji takowych, żeby nawet w przypadku nielegalnego zaku-pu można było określić narzędzie zbrodni. Podobną „homologację” posiada również i broń docelowa, przy czym ustawą objęto jedynie okazy wyprodukowane po pierwszej wojnie światowej, starsze uznając jako relikty muzealne objęte innymi prawami. W numerze naboju znajduje się miedzy in-nymi trzycyfrowy kod regionu świata broni docelowej, dwie ostatnie cyfry roku ostatniego roku pro-dukcji broni docelowej, trzycyfrowy zapis przekroju w milimetrach, pięciocyfrowy numer producenta, czterocyfrowy numer stopu naboju, jednocyfrowa klasa naboju, itp. W sumie cały numer jest dwu-dziestoczterocyfrowy. ]. No, w każdym razie na pewno jej właściciel nie należy do lokalnego klubu biathlonistów, to mogę zapewnić – stwierdził, oddając telefon.
- Ale skoro ktoś ma przy sobie broń, która powali dużo większą istotę od człowieka, to… - zaczęła kobieta uważnie, tak, by w razie potrzeby Shin szybko ją poprawił.
- Owszem, nie szykował się na człowieka. Prawdopodobnie na Corvi też nie, bez względu na to, jak dużego. Ptaki wymagają zupełnie innego profilu broni, nawet jeśli mogą w każdej chwili zaminić się w ludzi. Na Corvi 15,6mm to maksimum, chociaż ja osobiście powyżej 12,7mm bym nie wchodził – określił rzeczowo. 
- Ale takie coś to przecież musiało… - zaczął Dhiren z niedowierzaniem.
- Przebić na wylot zostawiając nie aż tak mała dziurę, co? – Shin uśmiechnął się kątem ust. Albo ktoś znalazł okazję, na jaką nie liczył, albo był wyjątkowo roztrzepany. W każdym wypad-ku lepiej było go nie spotkać bez przygotowania. – Wątpię, że da się znaleźć na tyle kuloodporną kamizelkę, żeby przed tym ustrzegła.
- Więc jak takie coś zostało dopuszczone do użytku w Tokino?!... – nie wytrzymała Laura i wstała, zwracając na siebie uwagę okolicznych gości. Gdy zmieszana usiadła i odczekała chwilę, by przestała być obiektem zainteresowania, powtórzyła spokojniej. – Kto dopuścił tak niebezpieczną broń do miasta?
- Nikt i w tym rzecz – stwierdził Shin, a jego nowo pomalowane ze zwór centek paznokcie stały się bardzo interesującym dla właściciela obiektem. – Jak już mówiłem, broń powyżej kalibru 30mm jest nielegalna w okręgach miejskich, powyżej 50 w całej Japonii za wyjątkiem terenów za-grożonych, gdzie dopuszczalna norma to 70mm, ale ryzyko ataku niedźwiedzi jest na tyle wysokie, że to nie przywilej, a nieprzyjemny obowiązek. Z resztą, taka broń w żadnym wypadku nie jest po-ręczna. Duża, ciężka, droga w utrzymaniu, przeciętny Yamato z pewnością nie będzie miał hobby-stycznej kolekcji.
- A broń historyczna? Wiesz, taka nierejestrowana, pełno tego w dzielnicach historycznych jest – podsunął Dhiren.
- W takim razie naboje są albo kradzione, albo celowo kupowane na lewo. W normal-nych okolicznościach naboje klasy pierwszej zawsze są robione do danego modelu broni, czasami nawet i do konkretnej sztuki i nie kosztują dwa dolary. Co jest dość dziwne, bo zazwyczaj byłaby to klasa druga lub trzecia, zdecydowanie tańsza i częstsza na czarnym rynku. No i uniwersalna, chociaż myślę, że branie nabojów o tak dużej średnicy samo w sobie jest niezwykłe. Już ładne kilkadziesiat lat preferowana jest inna amunicja, pewnie nawet nie przyjęła by broń naboju. No, ale datę już mówiłem.
- Nie wiem, czy to tylko wrażenie, ale póki co, to co mówisz nie ma dla mnie najmniejszego sensu – stwierdził w końcu Dhiren, upijając łyk lekkiego wina.
- Nie tylko dla ciebie, to obiektywnie jest jakieś chore. I tego się najbardziej obawiam - od-parł z westchnieniem Shin. No, ale nie zamrtwiajmy się tym, na co nie mamy wpływu. Już wystar-czająco dużo jest i bez tego. Mówienie zawsze szkodzi: przed jedzeniem psuje apetyt, po jedzeniu trawienie. A ja bardzo chciałbym coś zjeść wreszcie –stwierdził, sięgając po sztućce.
- Twój pragmatyzm mnie czasami przeraża, wiesz? – westchnął Dhiren.
- Być może. Ale mnie trzyma przy życiu – Shin delikatnie przygryzł kawałek mięsa, a gdy stwierdzil, że będzie ono odpowiadać jego zmysłem, ugryzł zupełnie i wolno przeżuł.
Kawałek zająca po czołowym kontakcie z kucharzem za wysoką gażę nie wydawał się być ani trochę lepszy od tego, którego przypiekło się na ognisku zaraz po złapaniu. (Co do ceny sporu nie było, kucharz serwował zdecydowanie bardziej drogocenne zające, nie po to w końcu tyle lat się uczył, żeby operować tanimi zającami.) Ale to pewnie była kwestia złapania, bo w końcu nie zająca, który wedle doniesień naukowców (i kucharzy) był zającem ekologicznym, zadowolonym z życia w klatce i przede wszystkim – zającem ucywilizowanym. Chciałoby się wręcz powiedzieć arystokracją wśród zajęcy, intelektualistą. A wszyscy dobrze wiedzą, że ucywilizowany zając jest lepszy od zwykłego szaraka, który nie dość, że cały czas biega i tarza się w brudzie, to jeszcze na dodatek ma niezbalansowaną dietę i w ogóle nie dba o swój komfort psychiczny. To naprawdę cud, że jakiś psy-choterapeuta nie rozpoczął w lesie chwalebnej misji pomocy obłąkanym zającom z depresją lub nawet i schizofrenią.

Keith po raz kolejny wybrał ten sam numer i po raz kolejny przywitał go ten sam mecha-niczny głos „Tutaj Shin Mare. Aktualnie nie mogę odebrać telefonu, oddzwonię zaraz po włącze-niu aparatu. Możesz nagrać treść swojej wiado…”. Mężczyzna rzucił ze złością komórką w podłogę z taką siłą, że ten rozleciał się na kilka części.
- Gdzie on do cholery jasnej jest… - wysyczał przez zęby. Shin NIGDY nie był niedo-stępny, zwłaszcza przez tak długi czas. Zdarzyło mu się nawet dodzwonić do niego, gdy chłopak wyciągał niezbyt humanitarnymi sposobami informacje od jakiegoś dziennikarzyny. Podejrzewał, że nawet gdyby musiał wykonać skok ze spadochronem, wsunąłby za ucho słuchawkę przenośnego ze-stawu i mógł w każdej chwili uciąć sobie pogawędkę o rozłożeniu łat na widzianej w góry krowie. 
Dlaczego więc teraz… w głowie słyszał cały czas krótki, urywany głos chłopaka, który znał tak dobrze. Chciał ufać Shinowi, starał się przekonać siebie samego, że nie ma podstaw do tego, by go o cokolwiek poderzewać, ale mimo wszystko irracjonalne i nieco szczeniackie poczucie bycia zdradzonym, wystrychniętym na dudka i wydukanym na strychu nie chciało go opuścić. Gdyby tylko mógł jakkolwiek skontaktować się z Shinem i upewnić, że wszystko jest w porządku.
A co, jeśli… Nie, to niemożliwe. Nie Shin. Przecież był naprawdę mistrzem swojego fachu, jego nie dało się ot tak po prostu zabić. A może jednak? Nie, to niedorzeczne!
Keith praktycznie nie usłyszał, że drzwi powoli się otwierają z cichym skrzypnięciem doma-gających się ponownego naoliwienia zawiasów. Po drugiej strony ściany rozległo się głusze szmeranie, potem kilka cichych klapnięć i z korytarza wyszedł Shin. Stanął w progu i rozejrzał się nieco zdziwiony po pokoju. Jego wzrok niemal momentalnie padł na błyszczące na hebanowej podłodze kawałki nieszczęsnego telefonu.
- Coś się stało? – spytał w Pońcu miękkim głosem. Keith nie wiedział, dlaczego, ale wydało mu się to sztuczne i wymuszone.
- Dlaczego nie odbierałeś? – odpowiedział sucho, nie ruszając się z miejsca.
- Co, przecież nie… - zaczął chłopak wysuwając z kieszeni komórkę. – Cholera, musiała mi się wyładować w Scarler Vintage, wcześniej jeszcze na pewno dziłała  – mruknął niezadowolony.
- Słucham?! Shin, gdzie ty do cholery jasnej byłeś? – Keith podszedł do chłopaka i oparł rękę o ścianę. Miał ochotę złapać go za bluzkę i mocno potrząsnąć, żeby zmusić do szczerości, ale ra-cjonalna część jego umysłu podpowiadała, że nic tym nie zyska oprócz własnego bólu. Nie wierzył, żeby jego Shin sam poszedł do jednej z lepszych restauracji, to było zupełnie nie w jego guście.
- Przecież mówiłem ci jak dzwoniłeś wcześniej, że mam umówione spotkanie z Dhirenem – westchnął chłopak, przewracając oczami. – Keith – celowo wyciągnął samogłoskę z lekkim wyrzu-tem. – Ty mi chyba ufasz, prawda? Przecież wiesz, że nie mam nic do ukrycia, tak? – wymruczał, przysuwając się do mężczyzny i zaplatając ręce na jego szyi.
- Nie, przepraszam kot… to są damskie perfumy? – Keith momentalnie odsunął się od chłopaka. Shin powęszył nieco zdziwiony.
- Faktycznie, to chyba Laury. Pełnia pełnią, ale i tak się już do nich najwyraźniej przy-zwyczaiłem. Oj, nie rób takiej miny, Laura jest zdecydowanie za stara jak na moje gusta. Poza tym mam ciebie, prawda? – spytał nieco rozbawiony. Nie sądził, że mężczyzna może być zazdrosny o kogokolwiek, a już zwłaszcza o kobietę. – Jak chcesz, to was mogę zapoznać, z resztą taki kontakt pewnie ci się przyda – stwierdził lekko i przeszedł pod napięta ręką Keitha. – Uważaj na odłamek telefonu, kilka drobinek skrzy się, których możesz nie zauważyć, więc lepiej, żeby tu ktoś posprzątał za ciebie. Idę na górę, mam trochę spraw do przemyślenia, a późno już jest. Miłych snów, Keith. Kocham cię – ostatnie zdanie było bardziej dla niego, jak dla mężczyzny.
Przeszedł po schodach w górę, wszedł do swojego pokoju i uśmiechnął się blado.
- Nie martw się, dopóki śmierć nas nie podzieli, będę przy twojej nodze cały czas - wyszeptał, gasząc światło w jedynym pozostawionym w willi akwarium. – Chociaż to chyba niezbyt stabilna obietnica w chwili obecnej – zaśmiał się krótko. Ściągnął z siebie do końca ubranie i położył, ale sen nie chciał przyjść. Kochał pełnię, ale wydało mu się, że księżyc miał tej nocy kolor krwi, a to nie był dobry znak nawet dla niego.